Znalezisko Sylwiona i Jantara

Śnieg skrzypiał pod wysokimi butami Sylwiona, a mroźne powietrze szczypało go w policzki, barwiąc je na kolor dojrzałej żurawiny. Mróz tego ranka był tak siarczysty,  ale dziadek Sylwion tylko mocniej naciągnął swoją wełnianą czapkę. Wiedział, że to idealna pogoda, by odnaleźć jagody wiiliki.

Poprawił swój wełniany płaszcz i spojrzał na Jantara – rudego liska, który z niespożytą energią biegał dookoła, co chwilę nurkując nosem w białym puchu.

Szukali jagód wiiliki. Te niezwykłe owoce, znane tylko najstarszym rodom leśnych elfów, dojrzewały właśnie wtedy, gdy mróz był największy. Wiilika miała unikalną właściwość: wystarczyło zjeść jedną, by poczuć, jak od środka rozlewa się błogie, kojące ciepło, trzymające mróz na dystans przez wiele godzin.
— Szukaj, Jantarze, szukaj uważnie — mruknął dziadek, uśmiechając się pod siwym wąsem.
Stanowili zgrany zespół. Sylwion wskazywał laską miejsca pod starymi dębami, a Jantar z zapałem rozgarniał noskiem puszysty śnieg.
Lisek, jakby rozumiejąc polecenie, zaczął intensywnie rozgarniać śnieg. Nagle lisek znieruchomiał. Zaczął kopać gwałtowniej w miejscu, gdzie śnieg wydawał się dziwnie napuszony. Spod bieli zaczął wydobywać się ciepły, pulsujący blask.
Sylwion podszedł bliżej.
— Czy to jagody mogą tak lśnić, mój mały przyjacielu? — szepnął zdziwiony dziadek, mrużąc oczy.
Gdy odgarnął ostatnią warstwę puchu, jego oczom ukazał się ozdobny, kryształowy słój. Miał grubą, żelazną zakrętkę pokrytą runami, a w jego wnętrzu wirowały tysiące świetlistych punktów, jakby ktoś uwięził tam milion miniaturowych gwiazd lub świetlików.
— To ci dopiero znalezisko... — szepnął Sylwion, ostrożnie podnosząc ciężkie naczynie. — Chodź, Jantarze. To nie są jagody, ale coś mi mówi, że babcia Etta będzie wiedziała, co z tym zrobić.
W domu pachniało suszonymi ziołami i drewnem sosnowym. Etta właśnie stawiała imbryk na ogniu, gdy Sylwion i lisek wpadli do środka, niosąc ze sobą powiew mrozu i tajemnicze światło.
Gdy tylko Etta zobaczyła słój, odstawiła imbryk z takim impetem, że aż zadzwoniły filiżanki. Bez słowa zapaliła lampę i ruszyła w stronę biblioteki – miejsca, gdzie regały uginały się pod ciężarem ksiąg odziedziczonych po pradziadkach.
Jantar usadowił się na dywanie, a dziadek Sylwion obserwował żonę, która z namaszczeniem kartkowała oprawną w skórę Księgę Tajemnic. W końcu jej palec zatrzymał się na pożółkłej rycinie.
Etta poprawiła okulary i przeczytała na głos drżącym głosem:
,,To, co w krysztale i żelazie zamknięte jest Oddechem Letniego Przesilenia. To słój, w którym dawni Strażnicy Lasu zamknęli najcieplejsze promienie słońca z najdłuższego dnia w roku, by oddać je ziemi w czasie najgłębszego mrozu"
Okazało się, że to nie był zwykły przedmiot. Legenda głosiła, że gdy słój zostanie otwarty na samym środku polany w najmroźniejszą zimową noc, jego blask sprawi, że zima natychmiast zacznie się cofać, ustępując miejsca wiośnie.
— Sylwionie — powiedziała Etta, patrząc na męża z podziwem. — Znalazłeś serce lasu, które czekało na przebudzenie przez setki lat.

Komentarze