Dawno temu, na samym dnie nocy – tam, gdzie nie sięga już żaden wzrok, a myśli człowieka stają się lekkie i bezradne – leżała kraina, o której nikt nigdy nie słyszał. Na skraju starego boru, tuż przy korzeniach wiekowego buka pijącego czarną wodę z potoku, żył pasterz. Wołali na niego Koan. Nie był ani leśnym duchem, ani człowiekiem; przypominał raczej smugę gęstego, wieczornego zmierzchu. Miał tak dziwne, miękkie dłonie, że potrafił dotknąć ciemności i nie obudzić motyli śpiących na liściach.
Ludzie myślą, że kiedy słońce gaśnie, cienie po prostu znikają. To bzdura. One po całym dniu są po prostu śmiertelnie zmęczone. Od świtu muszą przecież powtarzać każdy nasz krok, głupi gest i nerwowe bicie serca.
Kiedy las w końcu cichł, do kotliny Koana schodziły się cienie z całej okolicy. Najpierw ten wielki, ciężki cień jelenia, potem kanciasty cień zająca i maleńka, ledwo żywa smuga należąca do mrówki. Wszystkie były wymęczone uciekaniem przed ostrym słońcem, które przez cały dzień zmuszało je do kurczenia się i chowania pod gałęziami. Koan witał je szeptem, szorstkim jak suche liście tarte w dłoniach:
– No już, chodźcie, moje robaczki – mruczał i słał im legowiska z wilgotnego mchu.
Gdy cienie kładły się obok siebie, pasterz wyciągał z kieszeni stary grzebień wystrugany z ości wielkiej ryby. I zaczynał robotę. Delikatnie rozplątywał poszarpane brzegi, prostował zagięcia, które powstały, gdy zwierzyna przedzierała się przez chaszcze. Cierpliwie, kawałek po kawałku, wyskubywał z nich resztki dziennego światła – bo to jasność najbardziej je kłuła i drażniła. Pod jego palcami cienie przestawały być ponure. Łagodniały, jakby obracały się na tę drugą, wewnętrzną, puszystą stronę, której nigdy nie pokazują za dnia.
Na koniec pasterz brał garść roztartej suszonej lawendy, zmieszanej z ciepłą ziemią, i sypał ten pył nad ich głowami. W zagrodzie Koana panował święty spokój. Cień wilka zasypiał zwinięty w kłębek tuż obok cienia sarny, a liść dębu zasłaniał przed chłodem małego ślimaka. Cały las oddychał równo, jednym głębokim oddechem.
Twój cień też tam teraz jest. Leży bezpiecznie w kotlinie, a Koan właśnie wygładza jego brzegi. Zdejmuje z niego cały ten dzisiejszy jazgot, pośpiech i ciężkie myśli, które nazbierały się w tobie przez dwanaście godzin. Możesz już odpuścić. Nic nie musisz robić. Jutro rano cień wróci na swoje miejsce – lekki, czysty i gotowy do drogi. Ale teraz jest noc.
Śpij dobrze.



0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️