Podstęp i dzikie maliny

Aarien wyłonił się zza zakrętu ścieżki prowadzącej prosto pod szyld apteki doktora Ambrożego. Szedł o wiele szybciej niż zwykle, kompletnie ignorując senne, popołudniowe ciepło, które leniwie rozlewało się po dolinie.

W złączonych dłoniach niósł zawiniątko z grubego materiału. Ruchy miał ostrożne, jakby pilnował, by nie potrząsnąć ukrytym w środku ciężarem.
Kiedy podszedł bliżej, ze szmatki wyjrzał bury łebek leśnej orzesznicy. Zwierzątko błądziło dookoła wielkimi, czarnymi ślepiami i co chwilę piszczało z bólu, bezskutecznie próbując ułożyć nienaturalnie podkurczoną tylną łapkę.

Aarien pchnął dębowe drzwi i wszedł do pachnącego miętą i suszonym rumiankiem gabinetu. 
Ambroży stał właśnie przy regale i segregował fiolki. Podśpiewywał pod nosem jakąś wesołą melodię.
– Ambroży, porzuć te flakoniki, mamy pacjenta na już – odezwał się poważnie Aarien, podchodząc do dębowego biurka. – Znalazłem go przy Dzikim Potoku. Gałąź dzikiej róży przygniotła mu łapkę.
Doktor Pukawka w jednej sekundzie porzucił swoje słoiczki, poprawił okulary na nosie i zaciekawiony podskoczył do biurka.
– Ojejku, jakież to małe, jakie puchate! I te wąsiki! – zawołał Ambroży, odsuwając na bok sterty pergaminów. – Spokojnie, mały kawalerze, zaraz zbadamy tę biedną kończynę! Ale czekaj, Aarienie... – Jak ty go w ogóle utrzymałeś? Przecież te dzikusy gryzą do kości na sam widok cienia.
– Mało brakowało. Syczał jak wściekły żbik. Myślałem, że połamie tę nóżkę do reszty, tak się rzucał na mchu.
– I co zrobiłeś? Trzymaj go mocniej, tylko nie za uszy, chwyć za kark.
– Musiałem go otumanić. Roztarłem w palcach parę malin i zacząłem gwizdać. No, wiesz, tę melodię na sarny.
– Zadziałało?
– Zgłupiał na chwilę. Zaczął węszyć, a ja zarzuciłem na niego płaszcz. Inaczej w życiu nie podniósłbym tej gałęzi róży.
– Sprytne. Dobra, teraz uważaj, nastawiam. Trzymaj go!
Ambroży odsunął słoiczki, sięgnął do szuflady po wąską szpatułkę i owinął ją lnianym pasmem od Eriki. Działał pewnie, bez zbędnych ruchów. Przytrzymał malucha i jednym precyzyjnym ruchem nastawił skręconą łapkę.
Zwierzątko pisnęło krótko, ale doktor zdążył już musnąć skórę chłodzącą maścią z żywokostu i ściągnąć całość zielonym, miniaturowym bandażem. Na koniec rzucił na blat suszoną jagodę. Gryzoń natychmiast dopadł do owocu, chwycił go w przednie łapy i zaczął łapczywie chrupać, w ogóle nie zwracając uwagi na to, co działo się wokół niego.
– No i po strachu – Ambroży odetchnął i klepnął Aariena w ramię. – Dwa tygodnie szlabanu na skakanie po dębach i będzie biegał jak dawniej. Zostawię go w wiklinowym koszyku na obserwację. Dobra robota, gdyby nie ty, pewnie dopadłoby go coś większego.

Prześlij komentarz

0 Komentarze