Sklepik Gliniany Kubek

Idąc ścieżką wzdłuż Dzikiego Potoku, łatwo przegapić zakręt. Jeśli jednak poczujecie tam zapach palonej cykorii, goździków i pieczonego chleba, to znak, że Gliniany Kubek jest tuż obok. 

Sklepik stoi schowany pod dębami – to niska, przysadzista chatka z modrzewiowych bali, z dachem tak porośniętym mchem, że prawie wtapia się w zieleń. Okna ma małe, z dawna niedokładnie myte, podzielone na drobne szybki. To wokół tego miejsca kręci się zresztą całe życie w dolinie. Dla babci Etty, cioci Aurelii czy pani Elowen poranne zakupy to po prostu pretekst, żeby spotkać się na pogaduszki.
Ciężkie drzwi ustępują z oporem, a mosiężny dzwonek nad progiem brzęczy znajomo od lat. 
W środku od razu robi się cieplej. Na ciemnych, sosnowych regałach stoją rzędy słoików i glinianych garnków. 
Pachnie tu domem i lasem. Mają tu wszystko: ciemny miód spadziowy od Abeji, konfitury z dzikiej róży i suszone jagody, które zimą pewnie trafią do drożdżówek. Pod ścianą stoją wiklinowe kosze, z których wystają świeże kurki, orzechy i pęczki ziół. Idril przyniosła je pewnie z samego rana, bo na liściach widać jeszcze ślady rosy.
Wzrok ucieka ku wyższym półkom, gdzie w grubym szkle mienią się gęste syropy i oleje. Obok pękatych gąsiorków z octem jabłkowym leżą twarde krążki dojrzewającego sera owczego, zawijane w liście chrzanu. 
Można tu kupić gruboziarnistą sól kamienną mieszaną z suszonym lubczykiem oraz twarde, pieczone dwa razy anyżowe sucharki. Kto raz spróbuje tutejszych powideł ze śliwek węgierek, smażonych bez cukru w miedzianym kotle, ten już zawsze będzie szukał tego smaku. Smakują one dymem z olchowego drewna, późnym, rozgrzanym słońcem wrześniem i cierpkością, która zostaje na języku jeszcze długo po zjedzeniu łyżeczki. Jest tu też napar z suszonych liści poziomki i palonego jęczmienia – podawany w glinianym kubku smakuje trochę jak wspomnienie beztroskich wakacji z dzieciństwa, a trochę jak chłodny, leśny świt. Zawsze są też świeże placki i tarty, i ciasteczka z orzechami, gdybyś akurat miał ochotę na coś pysznego.
Kupisz tu świeże marchewki i soczyste jabłka, nie zabraknie też koralowych malin i pękatych leśnych jagód.
Właściciel, wiecznie w tym samym lnianym fartuchu, spokojnie odważa na starej wadze przyprawy, pakuje je w szary papier i związuje zwykłym sznurkiem. 
Ciocia Aurelia wpada tu niby po zakupy, a tak naprawdę szuka natchnienia na obiad. Dzisiaj pewnie znowu wyjdzie z flakonikiem oleju z dyni i anyżkami. Obok, przy samej ladzie, babcia Etta jak zwykle głośno debatuje o tym, że dzisiejsza mąka nie umywa się do tej dawnej, żarnowej. 
Nikt przy tym nie zauważa, że pod najniższą półką, korzystając z całego tego rabanu, siedzi chomik Barnaba. Zwierzak ma już pełne policzki ziaren, które przed chwilą uciekły właścicielowi z blatu.
I choć łatwo przegapić ten zakręt przy potoku, to kto raz tu trafił, zawsze chce tu wrócić. 

Prześlij komentarz

0 Komentarze