Słoneczne domy małych inżynierów

Pewnego ciepłego popołudnia Clover i Fenris wybrali się na spacer. Las pachniał słońcem i latem. Bzyczały pszczoły, a leśne motyle przysiadały na dzwonkach i kwitnących krzewach jeżyn.

Tuż przy ścieżce, między dwiema wielkimi sosnami wznosił się potężny, suchy kopiec z igliwia.


– Clover, spójrz! – zawołał Fenris, kucając przy budowli. – Dlaczego mrówki wybudowały swój dom akurat tutaj? Przecież po drugiej stronie pnia było o wiele więcej wolnego miejsca.
Dziewczynka przykucnęła obok brata i uśmiechnęła się ciepło, bo coś się jej przypomniało.
–  Gdy pewnego razu zimą piłam u doktora napar z igieł sosnowych, to Ambroży opowiadał mi o tym! – zawołała podekscytowana. – Mówił, że mrówki to najlepsi inżynierowie w całym lesie. One nie potrzebują kompasu, bo mają słońce. Przyjrzyj się uważnie temu pniakowi. Kopiec przylega do niego od strony, z której słońce świeci najdłużej i najmocniej w ciągu dnia. To południe.

Fenris dokładnie przyjrzał się mrowisku.
– Rzeczywiście, ta strona jest ciepła i taka... łagodna – zauważył chłopiec.
– Właśnie tak – przytaknęła Clover. – Ambroży tłumaczył, że mrówki budują tę ścianę jak wielką, ukośną poduchę, która łapie każdy najmniejszy promień, żeby ogrzać maluszki głęboko pod ziemią. Za to z drugiej strony, od chłodnej północy, plecy mrowiska są oparte o twardy pień drzewa. On działa jak tarcza i chroni je przed mroźnym wiatrem. Doktor mówił też, że jeśli kiedykolwiek zgubimy się w gęstwinie, wystarczy znaleźć mrowisko. Ono zawsze pokazuje plecami chłodną północ, a swoją ciepłą buzią zwraca się do południa.
Fenris wstał, otrzepał kolana z suchych igieł i spojrzał w górę, mrużąc oczy przed słońcem, które powoli chowało się za koronami drzew.
– Czyli nigdy się nie zgubimy, dopóki w lesie są mrówki? – zapytał, łapiąc siostrę za rękę.
– Dopóki patrzymy uważnie – odpowiedziała Clover, gładząc go po głowie. – Chodźmy już, idziemy do Babci.
Ruszyli przed siebie wąską ścieżką, a las wokół nich powoli cichł, otulając się wieczornym chłodem. Z tyłu, oparty o twardą sosnę, mały dom tysiąca inżynierów powoli zasypiał, wciąż trzymając w sobie resztki popołudniowego ciepła.

Prześlij komentarz

0 Komentarze