Wieczór pod starym dębem

Gościnnie Autorka: Danutka Nutka

Minęło kilka tygodni od dnia, w którym Drin zamieszkał w swojej dziupli. Las powoli szykował się do wieczoru. Promienie zachodzącego słońca malowały niebo na odcienie czerwieni.


Lioriel siedziała na drewnianym tarasie przed swoim domem i splatała zioła w małe pachnące wianki. Nad nią, na ulubionej gałęzi, czuwała Syrla.

Drin leżał na najwyższej gałęzi dębu. Wygrzewał łuski w ostatnich promieniach słońca.
Od czasu do czasu poruszał końcem ogona i z zaciekawieniem obserwował las.
Nagle uniósł głowę, zeskoczył z gałęzi. Po chwili wylądował obok Lioriel i otarł pyszczek o jej ramię.



— Dobry wieczór, Drinie — uśmiechnęła się elfka.

Smok odpowiedział cichym pomrukiem. Jakby właśnie tego oczekiwał.

Niedługo później z leśnej ścieżki dobiegły znajome głosy.

— Mam nadzieję, że jeszcze nie zjedliście kolacji! — zawołał Hubert.

W ręku niósł duży kosz, a razem z nim szli Abeja i Earyn.

— Przyniosłem świeży chleb, pieczone ziemniaki i trochę sera.
— A ja miód — powiedziała Abeja.
— I sok z malin — dodał Earyn, stawiając gliniany dzban na stole.
— W takim razie niczego nam nie brakuje — ucieszyła się Lioriel.

Wkrótce na polanie niedaleko dębu zapłonęło niewielkie ognisko.
Nie było duże - w sam raz, by ogrzać dłonie i przygotować kolację.


Drin usiadł obok. Przez chwilę z zainteresowaniem przyglądał się tańczącym płomieniom.
Potem ostrożnie wyciągnął łapkę i cofnął ją równie szybko.

Hubert roześmiał się.

— Chyba sprawdzał, czy ogień gryzie.

Smok spojrzał na niego z udawaną powagą. Po chwili delikatnie szturchnął go ogonem.

— Dobrze, dobrze. Już nic nie mówię.

Abeja podała wszystkim kubki z ciepłym naparem.

Wieczór płynął spokojnie na rozmowach: i zwierzętach, nowych ziołach, które odkryła Lioriel, i o tym, że Drin każdego dnia staje się coraz bardziej ciekawy świata.

— Widziałem go dziś, jak przez dziesięć minut obserwował ślimaka — powiedział Earyn.
— I czego się nauczył? — zapytał Hubert.
— Chyba cierpliwości.

Wszyscy się uśmiechnęli.

Po kolacji Drin odszedł kilka kroków od ogniska. Usiadł wśród paproci, wziął głęboki oddech. Z jego nozdrzy wypłynęła delikatna zielona mgiełka. Powoli uniosła się nad ziemią. Otuliła niewielką kępę leśnych kwiatów. Po chwili ich płatki rozchyliły się szerzej, jakby właśnie nastał poranek.



Abeja patrzyła z zachwytem.

— Widzieliście?

Lioriel skinęła głową.

— Chyba odkrywa swoją magię.

Drin otworzył oczy, sam wyglądał na zaskoczonego. Powąchał kwiaty. A potem zadowolony zamruczał.

— Myślę, że las go polubił — powiedział cicho Earyn.
— Myślę, że las polubił go już wtedy, gdy się wykluł — odparła Lioriel.

Wieczór był ciepły i spokojny. Nad polaną pojawiły się pierwsze gwiazdy. Świerszcze rozpoczęły swój wieczorny koncert.

Syrla cicho zahukała z gałęzi.

Drin podniósł głowę i spojrzał w rozgwieżdżone niebo.

Przez krótką chwilę wydawało się, że chciał wzbić się w powietrze. Rozłożył skrzydła, poruszył nimi niepewnie. Zrobił kilka ostrożnych podskoków i zamachał nimi jeszcze raz.
Nie wzbił się w niebo - jeszcze nie był gotowy. Ale była to jego pierwsza prawdziwa próba.



Lioriel uśmiechnęła się ciepło.

— Brawo, Drinie.

Syrla zahukała zachęcająco.

Hubert klasnął w dłonie.

— Widzicie? Jest coraz odważniejszy.
— Każdy wielki lot zaczyna się od pierwszej próby — powiedział Earyn.

Abeja skinęła głową.

— I jestem pewna, że już niedługo poszybuje ponad koronami drzew.

Drin spojrzał na swoich przyjaciół.
W ich oczach nie było pośpiechu, była za to wiara. To dodało mu odwagi. Zamruczał cicho i jeszcze raz poruszył skrzydłami.



Kiedy ognisko powoli dogasało, przyjaciele zaczęli się żegnać.

Hubert zarzucił kosz na ramię.
— Następnym razem sprawdzimy, jak daleko potrafisz poszybować.

Smok odpowiedział radosnym pomrukiem.

Gdy ich kroki ucichły wśród drzew, Drin wspiął się do swojej dziupli.
Syrla usiadła na gałęzi tuż obok.

Lioriel spojrzała na stary dąb. Jeszcze niedawno był po prostu jej domem. Teraz był domem pełnym przyjaciół.



Patrzyła, jak Drin układa się do snu z lekko rozłożonymi skrzydłami. Wiedziała, że przed małym smokiem jest jeszcze wiele nauki. Ale wiedziała też coś jeszcze: na Drina czekały podniebne przygody, dalekie loty i miejsca, których jeszcze nikt z nich nie widział.

A wszyscy jego przyjaciele cieszyli się z każdej, nawet najmniejszej próby latania.

Bo każdy wierzył, że pewnego dnia mały leśny smok odważnie wzbije się wysoko ponad las i z radością odkryje świat, o jakim dotąd tylko marzył.

To był dopiero początek jego niezwykłej opowieści.




Prześlij komentarz

2 Komentarze

  1. Drink to piękny magiczny smok z olbrzymim potencjałem. Pewnie pobudzi wiele obszarów do życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drin ma w sobie ogromną siłę, choć na razie sam jest zaskoczony tym, jak pod wpływem jego zielonej mgiełki budzą się leśne kwiaty. Z taką wiarą w jego potencjał na pewno pobudzi do życia jeszcze niejeden zapomniany zakątek! A co do imienia – Sylwion z uśmiechem zażartował, że po tylu emocjonujących podskokach na mchu, mały „Drink” świeżej, źródlanej wody ze strumienia na pewno smoczkowi nie zaszkodzi! 🌿🐉

      Usuń

Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️