Wieczór nad doliną zapadał powoli, a niebo ciemniało, przybierając kolor głębokiego fioletu. W pracowni Eriki wciąż jednak paliły się lampiony, rzucając ciepły blask na wielkie, czyste szyby. Przy małym stole siedziała Abeja. Trzymała w dłoniach kubek ziół i patrzyła, jak Erika starannie, bez pośpiechu, składa zwoje jasnego lnu.
Pszczelarka od dłuższego czasu wpatrywała się w te okna – ogromne, sięgające niemal sufitu. Za dnia wlewało się przez nie tyle słońca, że w izbie robiło się zupełnie złoto.
– Wiesz, Eriko... – odezwała się w końcu Abeja, odstawiając naczynie. – Często myślę o tym, jak budowałaś tę chatę. Pamiętam, jak robotnicy zwozili te wielkie ramy. Połowa wsi miała cię za wariatkę. Doktor Ambroży żartował w aptece, że stawiasz sobie szklarnię, a nie szwalnię. Dlaczego tak się przy nich uparłaś?
Erika uśmiechnęła się tylko pod nosem. Odłożyła len i usiadła naprzeciwko przyjaciółki. Światło świecy ładnie podkreśliło siwe pasma w jej koku. Przez chwilę gładziła dłonią drewniany blat, jakby się nad czymś zastanawiała.
– Bo ci, którzy od zawsze żyją w jasności, nie mają pojęcia, jakim skarbem jest światło, Abejo – zaczęła cicho. – Zanim trafiłam do Waszego Lasu, jako młoda elfka pracowałam w mieście portowym, daleko stąd. Moim domem była tkalnia. Tyle że znajdowała się głęboko pod ziemią. Wielka, piwniczna sala, gdzie jedynym światłem były dymiące lampy oliwne.
Abeja znieruchomiała, słuchając z zapartym tchem.
– Spędzałam tam po kilkanaście godzin na dobę, naciągając nitki w wiecznym półmroku – ciągnęła krawcowa, a jej wzrok uciekł gdzieś za ciemną już szybę. – Powietrze było ciężkie od pyłu. Starsi tkacze z każdym rokiem po prostu tracili wzrok. Widziałam, jak mrok zabiera im oczy, a razem z nimi całą chęć do życia. Czułam się tam jak w pułapce. Bez prawa do słońca.
Erika odetchnęła głęboko i spojrzała przyjaciółce prosto w oczy. Była zupełnie spokojna.
– I tam, w tej ciemnej piwnicy, poprzysięgłam sobie jedną rzecz. Obiecałam sobie, że jeśli kiedyś stamtąd ucieknę i otworzę własny warsztat, to zrobię go zupełnie inaczej. Moje okna będą tak wielkie, jak to tylko możliwe. Żeby żadna nitka nie była nawlekana po omacku. Chciałam mieć tyle słońca, żeby aż zalewało mi podłogę.
Abeja wstała, podeszła do niej i bez słowa położyła jej rękę na ramieniu. W izbie zrobiło się cicho i jakoś tak uroczyście.
Pszczelarka zrozumiała, że te okna to nie był żaden kaprys. To był pomnik wolności Eriki. Dowód na to, że da się wyjść z największego mroku i zbudować miejsce, które od samego rana daje innym jasność i nadzieję.



2 Komentarze
Nadzieja. Różne są mroki nie tylko te fizyczne są też te psychiczne. Sztuką jest wyjść z nich, a jeszcze większą nie wejść w niego ponownie.
OdpowiedzUsuńOpowieść o Erice zrodziła się we mnie właśnie z myślą o tych niewidzialnych mrokach, które każdy z nas czasem nosi w sercu. Wyjście do światła bywa bolesne i wymaga ogromnej odwagi, ale te wielkie okna w jej pracowni mają przypominać nam wszystkim, że po każdej ciemności zawsze w końcu wstaje słońce. Dziękuję Ci, że tak dobrze odczytałeś te słowa i że jesteś tu ze mną. Ściskam mocno! ☀️🌲
UsuńWitaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️