Mieszkańcy Lasu z Mchu i Paproci szybko przywykli do widoku potężnego, kasztanowego konia, który krok w krok maszerował za Hubertem.
Chłopak nazwał go Brego - na cześć dawnych, puszczańskich legend o wiernych strażnikach podróżnych. Choć koń nie mówił, rozumiał każde słowo rzemieślnika.
Jednak prawdziwy powód, dla którego ten niezwykły przybysz wyłonił się z leśnej mgły, miał objawić się dopiero trzeciej nocy po jego przybyciu.
Wieczór był parny, a nad podgórskimi łąkami unosiły się ciężkie, fioletowe chmury, zwiastujące letnią burzę. Hubert siedział na ganku, czyszcząc rzemienie, gdy nagle Brego podszedł blisko i nerwowo uderzył kopytem o ziemię. Parskał głośno, unosząc wysoko potężny łeb i rżąc w stronę ciemniejącej ściany lasu. W jego mądrych, głębokich oczach nie było jednak strachu - płonęła w nich determinacja.
- Co tam widzisz, bracie? - szepnął chłopak, odkładając narzędzia.
Zanim zdążył pomyśleć, koń delikatnie chwycił zębami za rękaw jego zielonej koszuli i pociągnął za sobą, wyraźnie nakazując mu, by wsiadł na jego lśniący grzbiet. Hubert, wiedziony nagłym impulsem, chwycił gęstą, czarną grzywę i wskoczył na zwierzę. Brego ruszył z kopyta.
To nie był zwykły bieg - to była szaleńcza, wielka przygoda, która zapierała dech w piersiach. Kasztanowy koń gnał przez gęstwinę z niesamowitą prędkością, bezbłędnie omijając powalone pnie i śliskie, mszyste kamienie w całkowitym mroku. Szmaragdowe paprocie smagały ich boki, a wokół nich, wzburzone pędem powietrza, unosiły się tysiące złotych świetlików. Hubert mocno tulił się do szyi zwierzęcia, czując potężną siłę jego mięśni. Brego biegł tak lekko, jakby jego kopyta ledwo dotykały ziemi, prowadzony jakimś wewnętrznym, leśnym radarem.
W końcu, gdy pierwsze błyskawice rozświetliły niebo na różowo, Brego zatrzymał się gwałtownie nad brzegiem głębokiego, nieznanego dotąd Hubertowi wąwozu, przez który rwał Dziki Potok. Koń pochylił łeb i zatrzymał się tuż obok starego, spróchniałego pnia wiązu.
Hubert zsunął się na ziemię i zamarł. Pomiędzy korzeniami, ledwie widoczna pod gęstym dywanem szarego mchu, leżała stara, skórzana torba podróżna. Była zniszczona przez wilgoć, ale chłopak natychmiast poznał wyhaftowany na niej znak...Ten znak był podpisem Thalendira, którym zawsze ozdabiał wszystko, co stworzył.
Trzęsącymi się dłońmi Hubert otworzył zapięcie. Wewnątrz, zawinięty w naoliwione płótno, spoczywał mały, rzeźbiony w dębowym drewnie konik. A tuż obok niego leżał ciężki, zardzewiały klucz z wygrawerowanym symbolem dalekiego, portowego miasta na krańcu świata oraz złożona na pół, pożółkła karta papieru.
Był to niedokończony list. Pierwsze słowa brzmiały: „Mamo, Tato, wracam, ale las się zmienia, muszę Wam powiedzieć o...” - resztę tekstu zmazała rzeczna wilgoć.
Obok leżał stary wisiorek z pięknym symbolem splecionych liści wiązu.
Młody krasnal nie potrafił poskładać tych urwanych śladów w całość. Nie tracąc ani chwili, schował znalezisko pod koszulę, wskoczył na grzbiet kasztanowego konia i popędził prosto pod prastary, pokryty bluszczem dom sędziwego mędrca.
Thalendir siedział przy palącym się łuczywie, gdy Hubert, wciąż mokry od pierwszych kropel letniej burzy, położył skórzaną torbę na jego dębowym stole. Stary mędrzec poprawił okulary, a gdy jego drżące palce dotknęły wyhaftowanego podpisu, zapadła głęboka, przejmująca cisza. Przez długą minutę słychać było tylko szum wiatru w koronach drzew.
- A więc rzeka w końcu oddała ich sekret... - szepnął Thalendir, a jego głos stał się niesamowicie cichy. Spojrzał na Huberta, a potem przeniósł wzrok na stojącego za oknem, parskającego cicho Brego. - Ta torba należała do kogoś, za kim serca w tym lesie tęsknią od dekad. To rzeczy Aldena, zaginionego syna Etty i Sylwiona.
Mędrzec podniósł z blatu pożółkłą kartę listu i ciężki, zardzewiały klucz, a jego oczy zasnuły się mgłą wspomnień.
- Sądziłem, że Alden zaginął na krańcu świata jako młodzieniec - kontynuował Thalendir, wodząc palcem po dorosłym, pewnym piśmie na papierze. - Ale ten list i klucz z portowego miasta dowodzą czegoś zupełnie innego. On tu wrócił. Dotarł do Lasu jako dojrzały, dorosły mężczyzna i to właśnie w tym wąwozie, tuż przed progiem rodzinnego domu, stracił swoje rzeczy. Próbował ich ostrzec...
Gdy nad górskimi szczytami rozpętała się burza, Hubert stał bez słowa, patrząc na klucz i wisiorek ze splecionymi liśćmi wiązu.
Brego nie pojawił się w Lesie przypadkiem. Przybył, by pomóc odnaleźć to, co zapomniane, i przywrócić nadzieję tam, gdzie dawno już zgasła.
Drugą część tej opowieści przeczytasz TUTAJ
Trzecią część tej opowieści przeczytasz TUTAJ
Czwartą część tej opowieści przeczytasz TUTAJ



2 Komentarze
Dopiero wczoraj dowiedzieliśmy się o synu Etty i Sylwina, a dziś kolejne ekscytujące wiadomości o Aldenie. I w jaki niezwykły dposób osiągnięte.
OdpowiedzUsuńLas ma jeszcze mnóstwo tajemnic - i takich, o których wiedzą jego mieszkańcy, i takich, których jeszcze nie zna nikt.
UsuńWitaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️