Słowo „dziadku” wciąż unosiło się w powietrzu kamiennej izby, choć wszyscy od dobrej chwili milczeli.
Sylwion otarł łzy. Postąpił krok naprzód i położył dłoń na ramieniu Arina. W miękkim świetle lampy badawczo przyglądał się twarzy chłopaka.
– Arinie... – odezwał się w końcu stary elf, a jego głos się załamał. – Jeśli ty tutaj jesteś, to gdzie jest ojciec? Gdzie jest Alden? Dlaczego kazał ci ukrywać się na tej grani?
Młody zwiadowca nie odpowiedział od razu. Odłożył lunetę na stertę morskich map, i wyjrzał przez ciemne okno. Thalendir i Hubert postąpili krok bliżej.
– Musiał uciekać – rzucił krótko Arin. Głos mu stwardniał. – Odcięli go przy starym wiązie na skraju wąwozu. Zdążył tylko rzucić torbę w krzaki. Liczył na to, że puszcza ją schowa, a wy z babcią odnajdziecie ślad.
– Dlaczego was tu gnało? Na samą grań? – wtrącił cicho Hubert.
– Chciał zaryglować przełęcz. Szli za nim prosto z portu, niosąc tę klątwę. Wbiegliśmy na wieżę, ojciec zatrzasnął dębowe wrota, ale... zamek strażnicy zaryglował się na wieki.
Sylwion zbladł.
Arin uniósł głowę i spojrzał na kamienny sufit. – On tam jest, dziadku. Tuż nad nami.
– Żyje? – zapytał Thalendir, ale chłopak już go nie słuchał. Patrzył tylko na Sylwiona.
– Rdza Puszczy go spętała, dziadku. Artefakt płonie, a ojciec jest w jego środku. Nie może zrobić ani jednego kroku w tył. Czuwam tu z lunetą od wielu dni, ale jemu kończą się siły. Jeśli szybko tam nie wejdziemy... ta moc spali go od środka.
W izbie znowu zapadła śmiertelna cisza.
Sylwion spojrzał na Thalendira, ale żaden z nich nie potrafił wykrztusić słowa.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Pierwszą część tej opowieści przeczytasz TUTAJ
Druga część jest TUTAJ
Trzecia część jest TUTAJ
Piąta część jest: TUTAJ
Szósta część jest TUTAJ




0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️