Wszystko zaczęło się w sobotę, gdy słońce jeszcze parzyło w kark, a Las wydawał się po prostu lasem – bezpiecznym zielonym schronieniem.
Leo miał siedem miesięcy, siedział na kocu, śmiał się i pakował do buzi wszystko, co wpadło mu w małe rączki. Caladmir rąbał drewno. Elora suszyła zioła, co chwilę zerkając na synka z uśmiechem. Sielanka trwała w najlepsze.
Pierwszy cień padł wieczorem. Malec odwrócił głowę od piersi Elory, odmawiając jedzenia, co nigdy mu się nie zdarzało. Jego małe dłonie, zazwyczaj gorące i chwytne, stały się dziwnie chłodne i bezwładne. Kiedy matka przebierała go do snu, zauważyła pierwszą plamę – mały, fioletowy punkcik, przypominający wykwit pleśni na zdrowym owocu. Pomyślała, że może za mocno go uścisnęła albo otarł się o szorstki len.
Caladmir tylko spojrzał z drugiego końca izby, zesztywniał na ułamek sekundy, po czym wrócił do czyszczenia uprzęży. Nic nie powiedział. Ale tamtej nocy nie zmrużył oka, nasłuchując delikatnego, dziecięcego oddechu.
W niedzielę rano Leo już nie uniósł główki. Jego małe ciałko opuściła cała dziecięca energia; stał się miękki i nienaturalnie ciężki, jakby kości siedmiomiesięcznego dziecka zamieniły się w mokrą glinę. Gorączka nie przyszła – i to było najgorsze. Zamiast płonąć, chłopiec stygł.
Elora paliła w piecu, dokładała polan, aż w chacie zrobiło się duszno i siwo od dymu, ale skóra Leo, zwłaszcza stópki i dłonie, pozostawała zimna jak nadrzeczny kamień. Wtedy pod jego oczami pojawiły się te sine, głębokie półksiężyce. Wyglądał, jakby z godziny na godzinę coś wysysało z niego życie.
Caladmir rzucił się w las. Przynosił naręcza liści, o których wiedział, że leczą najgorsze jady tej krainy. Elora tłukła je w moździerzu, raniąc sobie palce, i próbowała zakraplać gorzki sok do małych ust. Chłopak jednak nie połykał, nie miał nawet siły ssać. Płyn wyciekał mu kącikiem warg, barwiąc jasne płótno na brunatno.
W poniedziałek Las wokół nich zupełnie umilkł. Ptaki przestały śpiewać, a zarośla otaczające obejście zbiły się w gęstą, wrogą ścianę. Zapach parzonych korzeni z glinianego garnka – ciężki, duszący – przeżarł już wszystko: ubrania, ściany, nawet włosy Elory.
Caladmir nie wychodził już na zewnątrz. Siedział na stołku, gapiąc się w podłogę i drżąc na każdy mocniejszy podmuch wiatru, który uderzał w okiennice.
Wiedział. Czuł, jak niewidzialna pętla, którą naruszył wiele dekad temu w dalekim Zamorzu, zaciska się na gardle jego jedynego syna.
We wtorek rano oddech Leo stał się tak rzadki, że Elora przestała mrugać, bojąc się, że przegapi ten ostatni, cichy świst.
Drugą część tej sagi przeczytasz TUTAJ
Trzecią część sagi przeczytasz TUTAJ




2 Komentarze
Rodzice przeżywają mocniej to co się dzieje z ich dzieckiem niż ono samo.
OdpowiedzUsuńMaluch nie ma świadomości zagrożenia...Elora jest przerażona....A Caladmir...cóż. Wróciły demony przeszłości.
UsuńWitaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️