Ruszyli w głąb ciasnego pęknięcia. Każdy krok Elory na oślizgłej, lodowatej skale był walką, ale bose stopy, choć poranione, nic nie czuły. Całą uwagę rzuciła na syna. Leo stygł. W jej ramionach nie ciążyło już żywe dziecko, a sztywne, nienaturalnie ciężkie zawiniątko. Każdy oddech malca rwał się w gardle.
Caladmir szedł z tyłu. Słyszała jego głośny oddech, ale ani razu się nie odwróciła.
Na końcu rozpadliny, w gęstym mroku, majaczył omszały blok skalny. Prastary ołtarz Wybrzeża Mgieł. Powietrze wokół niego stało w miejscu, cuchnąc solą i zgnilizną.
Caladmir podszedł do monolitu. Dłonie trzęsły mu się tak mocno, że o mało nie upuścił skórzanego woreczka. Przez sparciały materiał sączyło się już tylko słabe, fosforyzujące światło – znak, że czas Leo nieubłaganie ucieka.
– Wybacz mi... – wykrztusił, patrząc na żonę.
Nie odpowiedziała. To milczenie paliło mocniej niż jakikolwiek krzyk. Stała bez ruchu, tuląc syna, z pustymi oczami.
Caladmir wiedział, co musi zrobić. Ostrze myśliwskiego noża błysnęło w mdłej poświacie. Bez wahania, jednym mocnym szarpnięciem, rozpłatał wnętrze własnej dłoni.
Syknął, gdy stal dotarła głęboko, niemal do kości. Gorąca krew trysnęła na spękaną skałę, natychmiast wsiąkając w wyryte na niej runy.
Wtedy rzucił na ołtarz ukradziony artefakt. Gdy dotknął skąpanego w krwi kamienia, bladozielone światło rozbłysło na ułamek sekundy oślepiającym blaskiem. I nagle zgasło. Woreczek rozsypał się w szary pył.
Nastała cisza. Tak głęboka, że słyszeli jedynie świst wiatru w szczelinach.
Sekundy dłużyły się w nieskończoność. Caladmir poczuł lodowaty strach – pomyślał, że się spóźnili. Że ołtarz przyjął krew, ale serce chłopca i tak stanęło. Spojrzał na żonę. Elora była blada jak trup.
I wtedy spod wełnianych koców dobiegł piskliwy płacz. Zdrowy i silny.
Leo otworzył oczy, a jego skóra z każdą sekundą odzyskiwała ciepły odcień.
Elorze ugięły się nogi. Osunęła się w błoto i lodowatą wodę, płacząc bezgłośnie. Przycisnęła czoło do rozgrzanego czoła syna, który łapczywie chwytał powietrze.
Caladmir opadł plecami o głaz. Uciskał rozciętą dłoń, która rwała wściekłym, pulsującym bólem. Krew wciąż sączyła się między palcami, kapiąc na ziemię. Ta rana nigdy nie zagoi się gładko. Zostanie z nim na zawsze.
Przeżyli. Wszyscy. Ale gdy Elora podniosła się z ziemi, odwróciła się i ruszyła w stronę łodzi. Nie czekała na niego. Ani razu nie spojrzała za siebie.
Caladmir szedł za nią z głową spuszczoną nisko, potykając się o te same ostre kamienie, które wcześniej raniły Elorę. Droga powrotna dłużyła się bez końca. Gdy dotarli do brzegu, Elora siedziała już w łodzi, odwrócona plecami, tuląc Leo. Chłopiec spokojnie, równo oddychał.
Caladmir nie miał siły wiosłować rozciętą dłonią, więc zdrową ręką, z wysiłkiem, odepchnął łódź od kamieni. Woda była czarna i gęsta.
Milczenie między nimi nie miało w sobie nic z ulgi. Było jak mur z lodu.
Słońce wzeszło leniwie, ale nie przyniosło ciepła. Było blade, blade i sine, ledwo przebijające się przez brudną mgłę wiszącą nad wodą. Światło nie zalewało plaży złotem – obnażało tylko ich wycieńczenie, sińce pod oczami Elory i brud na jej ubraniu.
Gdy dno łodzi uderzyło o piasek, Elora wstała pierwsza. Nie spojrzała na męża. Ostrożnie, jakby niosła najkruchszą porcelanę, wysiadła na brzeg i ruszyła w stronę chaty.
Caladmir spróbował wstać, ale kolana ugięły się pod nim z bolesnym skurczem. Opadł z powrotem na drewnianą ławę. Jego dłoń, owinięta poszarpanym, brudnym skrawkiem materiału, paliła żywym ogniem. Krew przesiąkała przez szmaty, kapiąc na dno łodzi i mieszając się z naniesionym błotem.
Elora zatrzymała się przed progiem chaty. Przez długą minutę stała tyłem do niego, patrząc na drzwi. W końcu, nie odwracając głowy, powiedziała cicho, a jej głos był suchy i pozbawiony jakichkolwiek emocji:
– Wejdź do środka. Trzeba wypalić tę ranę, zanim wda się zgnilizna.
Nie czekała na odpowiedź. Otworzyła drzwi i zniknęła w ciemnym wnętrzu domu.
Caladmir spojrzał na swoją okaleczoną dłoń. Skóra wokół cięcia już zaczynała sinieć. Zrozumiał, że cena jego występku z przeszłości była wyższa, niż myślał. Przeszłość ich nie zabiła, ale tamtej nocy, na ołtarzu Wybrzeża Mgieł, coś między nimi umarło.
Na krawędzi lasu, w gęstwinie drzew, zamajaczyła sylwetka Thalendira.
Stary elf patrzył z oddali, nieruchomy jak pień. Nie podszedł. Po chwili po prostu cofnął się w cień i zniknął między drzewami, zostawiając ich samych z nowym, kalekim życiem.
Pierwszą część tej sagi przeczytasz TUTAJ
Drugą część tej sagi przeczytasz TUTAJ






0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️