Popołudniowe słońce ledwo przebijało się przez gęste paprocie. Tuk usiadł na spróchniałym, obrosłym mchem pniu i podciągnął kolana pod brodę. Wokół polany tętniło życie. Mały Leo z każdym miesiącem stawał się wyższy, a Clover i Fenris biegali w kółko, aż huczało w uszach. Nawet lisek Jantar i ten mały, wiecznie umazany błotem dziczek Rumbas, rośli jak na drożdżach. Z tygodnia na tydzień zostawiali w ziemi coraz głębsze ślady.
Tuk spojrzał na swoje odbicie w kropli rosy na liściu szczawiku. Wciąż ten sam mały skrzat. Zielony kaftanik i czapeczka, które uszyła dla niego Erika, pasowały idealnie. Ani drgnęły. Kiedy dopadało go zmęczenie, wciąż bez trudu mieścił się w połówce łupiny włoskiego orzecha.
W jego piersi, tam gdzie zawsze mieszkała radość, pojawiło się coś nowego. Ciężkiego i kłującego. Dotąd o tym nie myślał, ale teraz prawda uderzyła go ze zdwojoną siłą – on już nigdy nie urośnie. Na zawsze zostanie tym mikrusem, na którego każdy patrzy z góry.
- Ciężkie myśli jak na taką małą głowę - rozległ się nad nim niski, chropowaty głos.
Przez krzaki powoli przedarł się Thalendir. Stary elf pachniał dymem z ogniska i suszonymi ziołami. Stęknął cicho z wysiłku, po czym usiadł na pobliskim głazie, opierając dłonie na sękatym kosturze.
Tuk pociągnął nosem i poprawił czapeczkę, nie patrząc mu w oczy.
- Wszyscy rosną, mistrzu. Leo, Fenris, nawet zwierzaki. Świat idzie do przodu, a ja stoję w miejscu. Nigdy nie będę wielki i silny jak Earyn czy Caladmir. Zawsze będę tylko... tym małym czymś, co trzeba omijać w trawie.
Thalendir milczał przez długą chwilę. Słuchali tylko szumu liści. W końcu stary elf wyciągnął przed siebie wielką, pooraną zmarszczkami dłoń i delikatnie podniósł Tuka.
Thalendir uniósł go powoli na wysokość swoich oczu.
- Popatrz na te dęby - stary elf wskazał brodą potężne, sięgające nieba korony. – Są ogromne i silne. Ale przez swój wzrost straciły coś, za czym czasem tęsknię. Przestały zauważać to, co najważniejsze. Nie widzą, jak pęka pączek mchu. Nie poczują zapachu pojedynczej, schowanej w cieniu jagody. Dla nich ziemia to tylko podłoże, a dla ciebie... ty słyszysz mrówki, Tuku.
Mędrzec uśmiechnął się lekko, a wokół jego oczu zebrały się głębokie zmarszczki.
– Wielkich, silnych wojowników ten las ma na pęczki. Ale kogoś, kto potrafi zachwycić się kroplą rosy i nie depcze cudzych światów, bo sam jest mały? Takich osób nam brakuje. Twój wzrost to nie błąd. To twoja tarcza przed tym, żebyś nie stał się ślepy na małe rzeczy.
Thalendir delikatnie posadził Tuka z powrotem na miękkim mchu. Wstał, oparł się na kosturze i bez słowa ruszył w stronę leśnej gęstwiny.
Tuk odprowadził go wzrokiem. Ciężar w piersi nie zniknął od razu, ale stał się jakby lżejszy do uniesienia. Skrzat odwrócił się i spojrzał na rosnący tuż obok krzaczek poziomek. Podszedł bliżej, dotknął palcem czerwonego, rozgrzanego słońcem owocu. Uśmiechnął się pod nosem. Może i był mały, ale dobrze wiedział, że ta poziomka jest już idealnie słodka.




2 Komentarze
Siebie trzeba pokochać, by móc pokochać świat. Wszystko jest po coś.
OdpowiedzUsuńZgadzam się, że wszystko jest po coś, ale mam takie spostrzeżenie, że często ciężko nam to zaakceptować, zwłaszcza kiedy (jeszcze) nie rozumiemy, dlaczego coś ma miejsce. Cała sztuka to umieć przyjąć dary takimi, jakimi są.
OdpowiedzUsuńWitaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️