Droga kropli - Relaksująca bajka terapeutyczna do poduszki

Chmury wisiały nisko nad dębami – ciężkie, nabrzmiałe wilgocią. Pachniały tak, jak pachnie las tuż przed świtem: chłodem, rozkładającymi się liśćmi i mokrą ziemią. Gdzieś tam, na samym skraju jednej z gałęzi, zebrała się kropla. 
W tej kompletnej, wręcz głuchej ciszy.
Gdy niebo na wschodzie zaczęło ledwo szarzeć, puściła się i runęła w dół.
Pewnie przez ułamek sekundy sparaliżował ją strach, ale to zaraz minęło. Z góry las wyglądał jak wielka, bezkształtna, zielona plama. Wszystko jeszcze spało.
I nagle – klapnęła prosto na liść paproci.
Liść ugiął się gwałtownie, sprężynował pod jej ciężarem i na chwilę zamarł. W tej małej, drżącej kulce odbił się cały poranek – zieleń i blade, brudne niebo. Wystarczył jednak mocniejszy podmuch wiatru. Straciła równowagę, ześlizgnęła się po grubym nerwie i spadła w błoto.
Ścieżka była kompletnie rozmyta po nocnej ulewie. Płynęła nią brudna woda, rwący strumyk będący jedną, wielką, żywą masą. Nurt był za silny – zanim zdążyła wsiąknąć w piach, woda pociągnęła ją za sobą. Zaczęła się dzika szarpanina między korzeniami i kępami mchu. Kropla gnała na oślep, obijając się o zgniłe żołędzie, kamyki i stare sosnowe igły. Wokół unosił się ten ostry, czysty zapach, który czuć w lesie tylko rano, zaraz po deszczu.
Kawałek dalej ścieżka ostro załamywała się w dół. Strumyk z głośnym pluskiem wpadł do rzeki.
Tam wszystko się zmieniło. Woda była głęboka, zimna i mętna. Kropla przestała być osobno – po prostu rozmyła się w tej całej masie, która niosła rzeczne śmieci na północ.
Mijały piaszczyste zakola, gdzie sarny schodziły do wodopoju, i polany, na których słońce zaczynało już ciąć wodę ostrymi błyskami. Rzeka robiła się coraz szersza, aż w końcu wpadła do tej największej. Zapach lasu i żywicy powoli wietrzał, ustępując miejsca czemuś innemu – ostrej soli i wilgotnemu wiatrowi od otwartej przestrzeni. 
W końcu lasy uciekły gdzieś na boki. Nad wodą krążyły już pierwsze, wrzeszczące mewy. Ostatnia, leniwa fala wypchnęła ją prosto w morze.
Stała się częścią czegoś ogromnego. I pewnie kiedy słońce podejdzie wyżej, a upał zacznie palić skórę, ona znowu wyparuje. Pójdzie w górę i wróci do chmur. Żeby w którąś kolejną noc znowu spaść na te same, dębowe liście.
W tym całym odwiecznym biegu na północ, żadna z nich nigdy nie była na serio sama. Wszystkie od zawsze tworzyły jedno wielkie, pulsujące morze. I chyba tylko my, stojąc na brzegu, wciąż próbujemy dzielić tę masę na pojedyncze krople.

Prześlij komentarz

0 Komentarze