Od tamtych wydarzeń na grani minęło kilka dni. Najgorszy strach w końcu puścił, zostawiając po sobie tylko tępe zmęczenie. Thalendir zamknął rdzę puszczy w kamieniu więc w Domu pod Wiązami po raz pierwszy od dawna nikt nie nasłuchiwał kroków na zewnątrz.
W kuchni pachniało zaparzoną miętą. Etta rozlewała napar do glinianych kubków, starając się nie dzwonić uchem o ucho, ale dłonie wciąż jej drżały. Sylwion siedział w bezruchu, oparty o dębowy blat. Nie spuszczał wzroku z syna, jakby się bał, że Alden zaraz zniknie, okażą się tylko omamem.
A Alden – z twarzą zoraną przez wiatr i pooraną siatką nowych, sinych blizn – po prostu trzymał ciepłe naczynie. Jakby sam próbował się upewnić, że naprawdę tu jest.
– Pięćdziesiąt lat... – odezwał się nagle Sylwion. Głos miał szorstki, niewytrenowany do długich przemów. – Gdzieś ty był, chłopak? Co tyś narobił?
Alden drgnął. Spojrzał na ojca, potem na parujący kubek.
– Chciałem dobrze – mruknął cicho, a w jego głosie wciąż słychać było tego dzieciaka, który pół wieku temu trzasnął drzwiami. – Miałem te swoje durne plany. Szukać nasion, sadzić lasy tam, gdzie ziemia obumarła. Dotarłem aż do portu nad oceanem. Węszyłem w archiwach, szukałem starych map botanicznych... A znalazłem dokumenty rady miejskiej. I handlarzy.
Zamilkł na chwilę. Przełknął ślinę, a na jego żuchwie napięła się skóra.
– Oni stworzyli tę Rdzę, tato. To nie była klątwa, tylko... technologia. Chcieli zatruć nasze źródła. Wybić las, żeby przekopać przez dolinę trakt handlowy na Północ. Dla czystego zysku. Moje sadzenie drzew szlag trafił w jedną noc. Musiałem to ukraść. Sam bym nie wszedł do skarbca, ale... pomogła mi Isolde. Wtedy ją poznałem. To była dziewczyna ze straży. Znała się na ziołach, nie mogła patrzeć na to, co planują.
Arin, słysząc imię matki, uniósł głowę, ale nie powiedział nic. Tylko mocniej zacisnął palce na krawędzi stołu.
– Nakryli nas przy porcie – ciągnął Alden, a jego głos nagle stał się matowy, pozbawiony emocji, jak u kogoś, kto opowiada o kimś innym. – Isolde... została przy wrotach. Zaryglowała je od środka, żeby dali spokój mnie i małemu. Krzyknęła tylko, żebym ratował Arina i wracał do lasu. I tyle. Zostałem sam z dzieciakiem na ręku i statkiem, który zaraz odpływał.
Etta gwałtownie odstawiła dzbanek. Część naparu rozlała się na stół, ale nikt na to nie zwrócił uwagi. Usiadła ciężko na ławie, ukrywając twarz w dłoniach. Nie płakała głośno – tylko ramiona jej drżały.
– Udało nam się wrócić na nasz brzeg, ale deptali mi po piętach. Musiałem schować torbę, i miałem wtedy nadzieję, że znajdzie ją ktoś kto zaniesie ja do was – dodał Alden, patrząc w okno, za którym gęstniał zmierzch. – Nie mogłem sam dać Wam znać. Przez te wszystkie lata... mieszkaliśmy w ruinach na grani. Widziałem dym z Waszego komina przez lunetę. Co wieczór. Ale gdybym zszedł, ściągnąłbym ich tutaj. To cholerstwo... trzeba było karmić krwią, żeby nie pulsowało, żeby nie wysłało sygnału do portu. Gdyby nie Thalendir, w końcu by mnie zjadło.
Sylwion nie odpowiedział. Przeniósł wzrok na Arina – na swojego wnuka, który wyrósł na surowej skale, bez domu, bez dziadków, karmiony opowieściami o dolinie, do której nie mógł wejść.
Stary elf wyciągnął ciężką, sękatą dłoń i położył ją na ramieniu syna. Palce mu drżały, ale uścisk był mocny.
Droga przed nimi była długa, bo Rdza w ruinach wieży wciąż tam była – uśpiona, ale żywa. Jednak tej nocy, po pięćdziesięciu latach, puste krzesło przy stole w końcu przestało parzyć w oczy.
Pierwszą część tej opowieści przeczytasz TUTAJ
Druga część jest TUTAJ
Trzecia część jest TUTAJ
Czwarta część jest TUTAJ
Piąta część jest: TUTAJ
Szósta część jest TUTAJ




2 Komentarze
Wytrwałość i miłość zwycięża wszystkie przeszkody a opowieść jest nie samowicie piękna chociaż przeszli tyle bólu
OdpowiedzUsuńPrawdziwa rodzina jest silna, niezależnie od wielkości przeszkód, miłość zwycięża zło. Dziękuję, Wędrowcze, za Twój głos 💗
UsuńWitaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️