Przełęcz smagał lodowaty, gęsty od śniegu wiatr. Smakował żelazem i mrozem, od oddechu pękały wargi. Thalendir parł pod górę, każdą stopą szukając oparcia między kamieniami, ciężko oparty na jesionowym kosturze. Stary elf czuł każdy rok ze swoich kilkuset lat; jego ciało dawno odwykło od tak surowych, skalistych turni. Tuż za nim, ramię w ramię, szli Sylwion i młody Arin, z głowami wtulonymi w kołnierze płaszczy. Na samym przedzie prowadzili kasztanowego Brego. Potężny koń kruszył kopytami skały i lód, a z jego nozdrzy buchały kłęby pary. Zwierzak szedł z łbem przy samej ziemi, niespokojnie strzygąc uszami, jakby sam czuł gęstniejącą wyżej grozę.
Gdy weszli w załom muru strażnicy, uderzyła w nich martwa, nienaturalna cisza. Kamienna izba wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętali – pusta, wyziębiona do szpiku kości. Portowi czarnoksiężnicy odwalili kawał solidnej, brudnej roboty. Narzucili na basztę całun iluzji tak gęsty, że ludzkie czy elfie oko widziało tam tylko nicość.
Thalendir nie dał się jednak zwieść. Podszedł dwa kroki do przodu i z głuchym stękiem uderzył sękatym kosturem w popękaną podłogę. Dawna, surowa magia tej doliny, uśpiona w fundamentach, odpowiedziała na wezwanie. Powietrze wokół nich zafalowało, jak nad rozgrzanym paleniskiem. Niewidzialna fala uderzeniowa rozdarła kłamstwo magów. Iluzja pękła gwałtownie, a znikający cień zostawił po sobie jedynie smród spalenizny i widok, od którego Sylwionowi zamarło serce.
Na samym środku izby, w brudnym, sinym świetle klęczał Alden. Rdza Puszczy – ta przeklęta, metaliczna plaga – zdążyła już opleść jego ramiona. Ciemne, twarde pnącza wrastały głęboko pod skórę, rozpychały żyły i zniekształcały przedramiona, zamieniając żywe ciało w skostniałą formę. Alden nie miał już siły na krzyk. Z jego gardła wydobywało się tylko rzężenie, a zmatowiałe oczy patrzyły przed siebie bezwiednie. W zaciśniętych, zakrwawionych pięściach wciąż kurczowo trzymał pulsujący odłamek żelaza, który bez przerwy pompował jad w jego krwiobieg.
– Ojcze! – wrzasnął Arin.
Chłopak zerwał się do biegu, ale Sylwion przytomnie złapał wnuka za kark i szarpnął w tył, aż tamten upadł na kamienie. Powietrze wokół zarażonego aż drgało od gorączki, a wokół jego kolan posadzka kruszyła się w pył.
– Stój! Nie dotykaj go, jeśli chcesz żyć! – warknął Thalendir. W jego głosie nie było już starczego zmęczenia, tylko twardy, wojskowy rozkaz.
Mędrzec postąpił krok naprzód. Wiatr z otwartych drzwi targał jego siwą brodą. Wiedział, że zaklęcia uzdrawiające na nic się tu nie zdadzą. Rdza karmiła się magią tak samo jak żywą tkanką – uderzenie w nią czystą mocą spaliłoby Aldena od środka. Starzec spojrzał na dygoczącego z bólu elfa, potem przeniósł wzrok na Sylwiona. W oczach syna zobaczył nieme błaganie o ratunek dla dziecka.
Thalendir podjął decyzję. Uniósł kostur i wbił go tuż obok rozrastającej się, stalowej pajęczyny. Zamiast walczyć z klątwą, rozluźnił własną barierę umysłu. Otworzył przed nią swoje ciało. Zrobił to, przed czym ostrzegają na pierwszym roku w akademii – zaoferował siebie jako większe, starsze i znacznie silniejsze źródło życiowej energii.
Rdza natychmiast wyczuła zdobycz. Purpurowe pnącza z sykiem puściły ramiona Aldena i runęły na mędrca.
Thalendir aż syknął, gdy tępy, metaliczny ból rozlał się po jego ramionach. Stary elf upadł na kolana, tracąc dech. Poczuł przerażający, lodowaty chłód, który momentalnie zaczął trawić jego dłonie, zamieniając elastyczną skórę w twardą, rdzawą skorupę. Kostur w jego dłoniach sczerniał i pękł z głośnym trzaskiem.
Uwolniony z uścisku Alden osunął się bezwładnie na bok. Sylwion z Arinem dopadli do niego w ułamku sekundy, łapiąc go pod pachy i odciągając w bezpieczny kąt izby.
Thalendir walczył o każdy haust powietrza, czując, że zaraz straci przytomność. Musiał działać szybko, zanim metal dotrze do serca. Zamiast stawiać opór, spróbował starego, krasnoludzkiego fortelu. Przypomniał sobie istotę metalu – to syn ziemi, głębokich skał, z których piją korzenie prastarych lasów. Ostatkiem woli chwycił tę niszczycielską energię i zamiast trzymać ją w sobie, pchnął ją w dół. Przez pęknięcia w posadzce, przez fundamenty wieży, prosto w litą skałę góry.
„Żyj tam, gdzie twoje miejsce” – przemknęło mu przez myśl.
Klątwa, szukając ujścia w kamieniu, zaczęła gwałtownie gęstnieć. Blask zgasł, ustępując miejsca matowej, brudnej zieleni. Metal stopił się z pękniętymi murami wieży i żywymi korzeniami wdzierającymi się do piwnic, tworząc jedną, nierozerwalną strukturę.
Gdy pierwsze promienie słońca przebiły się przez chmury i wpadły przez rozbite okno, w strażnicy zapadła głęboka, ciężka cisza. Przeklęty artefakt leżał na ziemi jako zwykły, zimny odłamek żelaza.
Thalendir siedział pod ścianą, ciężko dysząc. Rude skorupy na jego ramionach popękały i zaczęły odpadać płatami, sypiąc się na podłogę jak suchy łupież. Pod spodem skóra była żywoczerwona, podrażniona, ale żywa. Z pękniętego kostura odpadła czarna kora, odsłaniając jasne, surowe drewno.
Alden uniósł powoli głowę. Żył. Na jego przedramionach pulsowały sine, głębokie blizny, przypominające ślady po oparzeniach kwasem.
Arin trząsł się na całym ciele, wciąż kurczowo trzymając ojca za zdrową rękę. Sylwion zostawił ich na chwilę, podszedł do Thalendira i podał mu dłoń, pomagając staremu wstać.
– Udało się. Ale to była cholerna głupota, przyjacielu – mruknął Sylwion, choć głos mu drżał z ulgi.
Thalendir uśmiechnął się blado, patrząc na wschodzące słońce, które oświetliło zniekształcony, zielono-żelazny fundament wieży.
– Las zniesie wiele, Sylwionie. Byleby tylko nie zostawiać go z tym złem samego. Zabierz syna na dół. Te ręce trzeba natychmiast przemyć i owinąć lnem.





2 Komentarze
No i pięknie. Rodzin i ta dalszy i najbliższa musi yrzymać się razem. Wtedy nic nie jest straszne.
OdpowiedzUsuńKiedy trzymamy się razem, żadna burza ani Rdza nie są w stanie nas złamać.
UsuńWitaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️