Elora nie liczyła już godzin. Siedziała na progu ganku, kołysząc się w tył i w przód, bezwiednie dociskając małego do piersi.
Leo nie otwierał oczu od trzech dni. Był wiotki, nienaturalnie lekki, a pod jego powiekami odłożył się ciemny, siny cień. Matka co chwilę zamierała, wstrzymując oddech, byle tylko poczuć na policzku to ledwo zauważalne, rzadkie drgnienie jego płuc.
Ze środka chaty wyszedł Caladmir. W dłoniach trzymał gliniany garnek. Pachniało z niego parzonymi korzeniami – ten gorzki, ciężki zaduch unosił się w domu od kilku dni i odruchowo kojarzył się już tylko ze strachem.
Caladmir odstawił naczynie na drewnianą ławę, unikając wzroku Elory. Kiedy jednak musiał spojrzeć na synka, po prostu zesztywniał. Dla ich rasy wiek to ledwie mgnienie, chwila oddechu. Ale teraz, widząc fioletowe, suche wargi Leo, poczuł fizyczny, dławiący skurcz w żołądku.
Tyle lat ucieczki. Gubienia śladów. Kiedy osiedlili się w Lesie, myślał że są bezpieczni i wszystko się skończyło.
A tu wszystko na nic. Przeszłość ich dogoniła bez żadnych map.
Thalendir stał w progu ich chaty, oparty o futrynę, stary i kanciasty jak pnie drzew, wśród których żył od stuleci. Rzadko opuszczał swoją samotnię, ale dzisiaj przyszedł sam, bez pytania. Nawet nie wszedł do środka. Uniósł tylko suchą, sękatą dłoń i wskazał palcem na dziecko.
– Zamorze nie odpuszcza takich rzeczy, Caladmirze – powiedział cicho, ale dobitnie. – Myślałeś, że tamta kradzież ujdzie ci na sucho? Że prastara krew zapomni o rachunku? Popatrz na małego. To nie jest gorączka, którą wyleczysz naparami z mchu. Coś z niego wysysa życie. Z każdą minutą chłopak wraca na tamten ołtarz.
Elora podniosła wzrok. Wolno, bez płaczu, bez cienia prośby w oczach. Była w tym spojrzeniu czysta, twarda nienawiść matki, która zrozumiała, że ten, z którym dzieli życie, sprowadził na ich dziecko wyrok.
Caladmir nie wytrzymał. Cofnął się, omal nie trącając garnka, i wbił wzrok w ziemię. Drżącymi palcami zaczął szarpać rzemień pod szyją, aż skóra pękła mu pod paznokciem. Wyciągnął stary, sparciały woreczek.
Przez pękniętą skórę przesiąkało mdłe, chorobliwe, fosforyzujące światło.
– Bierz koce – wycharczał, a głos odmówił mu posłuszeństwa. – Idziemy do łodzi.
Kilka godzin później czarna woda chlusnęła o burtę łodzi.
Droga przez zatokę była drogą przez ciszę. Elora siedziała na dziobie, skulona, osłaniając Leo przed lodowatym wiatrem. Słońce zgasło dawno, zostawiając po sobie tylko brudną, ciemnoczerwoną łunę na horyzoncie.
Gdy dno zaszorowało o kamienie, Elora wyskoczyła pierwsza. Brodziła po uda w lodowatej wodzie, nie czekając na męża. W gęstym mroku przed nią majaczyło ciasne, skalne pęknięcie.
Pierwszą część tej sagi przeczytasz TUTAJ
Trzecią część sagi przeczytasz TUTAJ



2 Komentarze
Jesteście wspaniałymi i tacy kochani❤️
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za te przeurocze słowa! ❤️ Świadomość, że po drugiej stronie ekranu są tak wspaniałe i wrażliwe serca, daje mi mnóstwo siły do dalszego pisania. Proszę rozgościć się w naszym Lesie jak najwygodniej! Pozdrawiam ciepło 🌿✨
UsuńWitaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️