Cisza, jaka zapadła na ganku Domu pod Wiązami, ciążyła im niczym ołów. W gęstniejącym mroku słychać było jedynie miarowe parskanie Brego, który przestępował z kopyta na kopyto przy płocie. Wszyscy trzej wpatrywali się w zardzewiałe żelastwo spoczywające na dłoni Sylwiona, jakby zimny metal sam mógł wyjawić sekret zaryglowanych drzwi. Nagle starzec uniósł głowę. Ciężki, jesionowy kostur z głuchym stukotem uderzył o drewniane deski tarasu, a w oczach Thalendira odbił się zimny blask pierwszych, rodzących się na niebie gwiazd.
– Wiem, dokąd poszedł – odezwał się cicho mędrzec, a jego głos, choć spokojny, sprawił, że kompanów przeszedł dreszcz. – Nad lodowcem, tam gdzie Dziki Potok rozcina skalną grań, wciąż wznosi się samotna wartownia. Elfy z Wybrzeża postawiły ją wieki temu, by zamknąć jedyne, tajemne przejście do naszej doliny. Alden znał te ścieżki. Skoro porzucił torbę w wąwozie i musiał uciekać przed tym, co go ścigało, obrał jedyny azyl, w którym można odgrodzić się od nocy potężnym ryglem.
Sylwion nie zwlekał ani chwili. Ruszyli w noc, przez podgórskie łąki, prosto ku surowym, jaśniejącym w blasku gwiazd szczytom. Szlak szybko piął się w górę, stawał się coraz bardziej stromy, a od nagich turni uderzył w nich lodowaty, ostry wiatr. Brego szedł na przedzie – rżąc cicho, pewnie prowadził ich pod górę i niemal bezbłędnie omijał ruchome piargi, jakby doskonale wyczuwał ukryty w mroku cel.
Kiedy księżyc wyszedł zza grani, z gęstniejącej we mgle nocy wyrosła wreszcie sylweta strażnicy. Kamienna wieża zdawała się wyrastać bezpośrednio z nagiej skały, jakby była naturalnym przedłużeniem wierzchołka.
Podejście pod same mury kosztowało ich resztki sił. Wspinali się po omacku przez kilka godzin, walcząc z osuwającymi się spod nóg kamieniami i zdradzieckimi, wąskimi półkami skalnymi. Gdy w końcu stanęli na surowym szczycie, Sylwion od razu ruszył w stronę wejścia. Przed nim wyrosły potężne, dębowe wrota, ciężko okute czarnym żelazem.
Dłoń Sylwiona mocniej zacisnęła się na chłodnym metalu. Wsunął klucz w szczelinę i naparł na niego całym ciężarem ciała.
Stary mechanizm opierał się tylko przez sekundę. Ustąpił z głębokim, suchym trzaskiem, który poniekąd przetoczył się echem po kamiennym murze, a potężne skrzydło wrót zaczęło ustępować, z głośnym jękiem szorując po kamieniach.
Z wnętrza strażnicy buchnął lodowaty chłód nasączony zapachem butwiejącego drewna i wiekowego kurzu. Poza tym nie było tam nic – tylko czarna, nieprzenikniona pustka. Trzej towarzysze zamarli na progu, mimowolnie wstrzymując oddech i wpatrując się w mrok, z którego mogło wyrosnąć absolutnie wszystko. Cisza, jaka nastała, stała się wręcz bolesna, dzwoniąca w uszach.
Sylwion uniósł dłoń, dając towarzyszom znak, by nie robili gwałtownych ruchów, po czym sam przekroczył próg. Podeszwy jego butów z głuchym, ledwo słyszalnym stukotem dotknęły kamiennej posadzki.
Weszli za nim gęsiego, badając stopami niewidoczny grunt i trzymając się blisko chropowatych ścian, na których szukali oparcia. Jedyne światło dawał nikły płomyk podróżnej latarni, rzucający na mury długie, niespokojne cienie. Każde mocniejsze uderzenie wiatru o ściany wieży sprawiało, że zaciskali dłonie na rękojeściach mieczy.
Wtedy z głębi mroku dobiegł ich ostry, metaliczny dźwięk. Krótki zgrzyt, po którym w absolutnej ciemności błysnął snop iskier. Ktoś krzesał ogień.
Chwilę później izbę zalał słaby, chwiejny blask lampy olejnej. Ciepłe, miodowe światło zaczęło leniwie rozpychać mrok, wyrywając z cienia kolejne fragmenty pomieszczenia. Ku ich zaskoczeniu, wnętrze strażnicy nie było puste – płomień oświetlił zwały starych, morskich map rozłożonych na stołach, mosiężne kompasy, porzucone w nieładzie sekstanty i pęki pożółkłych zwojów.
Ciepły blask oświetlił w końcu to, na co wszyscy czekali. Tuż przy otwartym oknie wychodzącym na ziejącą pod wieżą przepaść stał nieruchomo mężczyzna.
Odwrócił się powoli, mrużąc oczy od nagłego światła.
Był to Alden. Młody zwiadowca o szlachetnych rysach twarzy i gęstych, brązowych włosach, które spięto w rzemienne sploty, wyglądał na wycieńczonego, ale w jego spojrzeniu wciąż tliła się czujność. W dłoniach zaciskał mosiężną, obciągniętą skórą lunetę. Wszystko wskazywało na to, że jeszcze przed chwilą bacznie lustrował przez nią pogrążoną w mroku dolinę.
Gdy Sylwion spojrzał w jego czyste, błękitne oczy, w kamiennej izbie zaszumiało mu w uszach. Cały świat skurczył się do tej jednej, nieruchomej twarzy. Dłoń elfa bezwiednie rozluźniła uścisk i zardzewiały klucz z brzękiem uderzył o posadzkę, ale nikt nawet nie drgnął.
Przed nim stał chłopak, który miał rysy jego zaginionego syna. Ten sam dumny kształt podbródka, te same wysoko osadzone kości policzkowe i wąskie, lekko uniesione uszy. Przez jedną, uderzającą do głowy sekundę Sylwion poczuł, jak uginają się pod nim kolana, a gardło ściaska bolesny skurcz. Przez tę jedną chwilę uwierzył, że czas cofnął się o dekady i oto odnalazł Aldena.
Zaraz potem jednak uderzyła w niego fala lodowatej trzeźwości.
Sylwion mrugnął gwałtownie, cofając się o pół kroku. To było biologicznie niemożliwe. Młodzieniec stojący przy oknie miał gładką, nieskalaną troskami skórę i brawurę kogoś, kto dopiero co wkroczył w dorosłość. Prawdziwy Alden, gdyby żył, musiałby nosić dziś na twarzy głębokie bruzdy i ślady kilkudziesięciu lat ciężkiej tułaczki. Ten chłopak był zdecydowanie za młody. Był niemal dzieckiem.
Stary elf postąpił krok naprzód, a jego dłoń uniosła się w drżącym, bezradnym geście. Chciał zapytać, ale głos załamał mu się w krtani.
– Kim jesteś?... – szepnął stary elf. Oparł się ciężko o kant dębowego stołu, bo nogi odmawiały mu posłuszeństwa. – Skąd masz te oczy?... I dlaczego patrzysz na mnie tak, jak...
Młodzieniec nie drgnął. Odłożył mosiężną lunetę na stertę zwojów, a w kącikach jego ust pojawił się cień uśmiechu. Ten jeden gest uderzył Sylwiona z siłą taranu – było w nim coś z dawnego, chłopięcego buntu i skrywanej od lat tęsknoty.
– Witaj, dziadku – odezwał się chłopak.
Jego niski, spokojny głos przeciął mrok, wywołując u stojącego z tyłu Huberta stłumiony okrzyk zdumienia.
– Mój ojciec, Alden, powtarzał, że przyjdziesz, gdy tylko odnajdziesz klucz. Mam na imię Arin. I czekałem tu na was.
Słowo, które przed chwilą padło, zawisło w dusznej przestrzeni strażnicy. Thalendir z tyłu wypuścił z rąk swój ciężki, jesionowy kostur, który z głuchym łomotem przetoczył się po kamiennej podłodze, ale nikt nawet nie spojrzał w tamtą stronę.
Sylwion trwał w bezruchu, wpatrzony w błękitne ślepia młodzieńca. Pierwsza łza, której tak długo odmawiał wolności, żłobiła teraz jasną ścieżkę na jego wysuszonej przez górskie wiatry skórze, a za nią poszły kolejne. W głowie elfa huczało od pytań, które boleśnie domagały się odpowiedzi. Gdzie jest Alden? Jaka krew płynie w żyłach Arina? I co zmusiło go do ukrywania się na tej lodowatej, odciętej od świata grani?
Za otwartym oknem, nad czarnymi turniami, podniebna noc płonęła już milionem chłodnych gwiazd.







2 Komentarze
Ciekaw co na to powie babcia
OdpowiedzUsuńAż trudno sobie wyobrazić, jaki szok przeżyje Etta! Nie dość, że od dekad nic nie wie o synu, to na dodatek niedługo dowie się, że ma wnuka...
UsuńWitaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️