Śmiech to lekarstwo na wszystko

Popołudnie było ciepłe i przyjemne. Lekki wiatr leniwie poruszał liśćmi paproci, a powietrze pachniało rozgrzaną żywicą i młodą trawą.

Urokliwą leśną ścieżką, wolnym i beztroskim krokiem, spacerował Flik. Szedł, gwiżdżąc wesoło pod nosem, a w obu dłoniach dumnie niósł przed sobą prawdziwe, przyrodnicze cudo. Trafił na skraju polany na gigantycznego, puszystego, śnieżnobiałego dmuchawca, który urósł tak dorodny, że jego puszysta kula była prawie tak duża, jak jego głowa. 
Flik niósł go ostrożnie, jak najdelikatniejszy szklany balon, podziwiając misterny splot setek małych parasolek.
Gdy dotarł do zakrętu ścieżki, tuż przy potężnych korzeniach starego dębu, postanowił sprawdzić siłę swoich płuc.
– Raz, dwa, trzy... i fiuuu! – zawołał sam do siebie chłopak.
Wziął ogromny, głęboki oddech, nadął policzki niczym leśny chomik i z całych sił dmuchnął prosto w puszystą kulę.
Nie przewidział tylko jednego. Dokładnie w tym samym ułamku sekundy, zza wielkiego pnia, spokojnym, niedzielnym krokiem wyłonił się doktor Ambroży Pukawka. Lekarz spacerował zadowolony z rękami schowanymi w kieszeniach, rozmyślając o nowych medycznych maściach.
Siła podmuchu była potężna. Gigantyczna chmura białych, puszystych, leśnych parasolek eksplodowała w powietrzu i niczym gwałtowna, majowa śnieżyca poleciała prosto przed siebie...
... trafiając wprost w osłupiałego doktora!
– Fiiii-uuu-psik! – zdążył tylko pisnąć zaskoczony Ambroży, nim biały puch odciął mu widoki.
Flik zamarł z pustą, zieloną łodygą w dłoni, a jego spiczaste uszy oklapły ze strachu.
Przed nim stał doktor Pukawka, ale wyglądał, jakby przed chwilą wpadł w sam środek zimowej zamieci! Setki miękkich, białych niteczek i parasolek dmuchawca oblepiły go solidnie. Tkwiły gęstą warstwą na jego rozczochranych włosach, a z jego schludnej, krótkiej brody zwisały puszyste pasma, upodabniając go do sędziwego Thalendira. Tylko twarz pozostała różowa i czysta.
Ambroży stał nieruchomo przez pięć sekund, mrugając śmiesznie zza okularów, po czym powoli je zdjął, pociągnął flegmatycznie nosem i spojrzał na Flika.
– No, mój drogi Fliku... – zaczął lekarz, a z jego włosów przy każdym słowie zabawnie odpadały białe kłaczki puchu. – Przeprowadzałem dziś wiele eksperymentów, ale nie sądziłem, że młodzież w naszym borze opanowała już sztukę wywoływania opadów śniegu w środku maja! 
Flik popatrzył na oblepionego puchem lekarza, zmusił się do powstrzymania śmiechu, ale nie wytrzymał. Na całą polanę rozległ się jego głośny, chłopięcy i niesamowicie zaraźliwy chichot. Ambroży popatrzył na niego, jego wesołe uosobienie wesołka wzięło górę i sam wybuchnął tak potężnym, serdecznym śmiechem, że aż reszta białych parasolek zaczęła wesoło wirować wokół jego głowy.
Nikt się na nikogo nie gniewał, bo jak każdy szanujący się lekarz, Ambroży Pukawka dobrze wiedział, że serdeczny śmiech to lekarstwo na wszystko.

Prześlij komentarz

0 Komentarze