Deszcz, który od południa miarowo stukał o liście paproci, wreszcie ustał, zostawiając po sobie zapach wilgoci, czystej ziemi i rześkiego powietrza. Przez rozstępujące się na niebie chmury zaczęły przedzierać się pierwsze, intensywne, miodowo-złote promienie słońca. Oświetlały małą, pieczołowicie wypielęgnowaną grządkę ziół, którą doktor Ambroży Pukawka założył tuż obok swojej apteki.
Wszystko było tu idealne: młode pędy leczniczej melisy i jaskrawofioletowe kwiatki szałwii rosły w idealnych, prostych rządkach. Ambroży, dumny ze swojego dzieła, stał właśnie na tarasie i napawał się widokiem nieskazitelnej harmonii.
Nagle ziemia w samym środku grządki, tuż między sadzonkami szałwii, zaczęła gwałtownie pękać.
Ambroży zamarł z kubkiem w pół kroku. Soczysta zieleń trawy uniosła się, a potem zaczęła sypać się czarna, błyszcząca, wilgotna ziemia. Po kilku sekundach na środku porządnej uprawy wyrósł ogromny kopiec.
Z samego czubka ziemnej góry wysunął się mały, różowy, niezwykle ruchliwy nosek. Zaraz za nim pojawiły się dwie szerokie, silne łapki, które energicznie otrzepały futerko z piasku. Na światło dzienne wyszedł kret Maurycy – najbardziej ceniony, podziemny architekt w całym leśnym królestwie. Maurycy miał na sobie elegancką, miniaturową kamizelkę z ciemnego aksamitu, a na czubku nosa balansowały mu małe, okrągłe okularki.
Kret poprawił okulary czubkiem pazurka, zamrugał ślepotą w stronę jasnego słońca, po czym rozejrzał się wokół z miną absolutnego triumfu.
– Doskonale! – oznajmił piskliwym, dumnym głosem sam do siebie. – Matematyka nie kłamie. Trzy metry w lewo od korzenia dębu, prosto pod ziemią... Oto i on! Nowy hol mojego podziemnego pałacu! Klienci oszaleją z zachwytu na widok tej przestrzeni!
– Ma-ury-cy! – zaryczał nagle doktor Ambroży. Medyk zbiegł ze schodów, wymachując drewnianą łyżką do ucierania maści. – Ty podziemny sabotażysto! Zniszczyłeś moją najrzadszą szałwię! Co ty tutaj robisz?!
Maurycy wcale się nie wystraszył. Spojrzał przez okrągłe szkiełka na oszołomionego lekarza, uśmiechnął się niezwykle serdecznie i z pełną powagą rzemieślnika rozłożył łapki:
– Ach, doktorze Ambroży! Cóż za miłe spotkanie na mojej nowej budowie. Szałwia? Ależ skąd, to nie pomyłka. Po prostu osobiście podjąłem decyzję o otwarciu nowego, podziemnego i świetnie wentylowanego skrzydła pana leśnej apteki! Nie musi pan dziękować, faktura przyjdzie gołębiem Maćkiem!
Ambroży tylko otworzył usta z wrażenia, nie wiedząc, czy ma płakać nad ziołami, czy śmiać się z bezczelnej dumy małego architekta. Czerwcowe słońce ostatecznie zalało polanę złotym blaskiem, grzebiąc awanturę w radosnym szumie budzącego się po deszczu lasu.





0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️