Świt nad rzeką w Lesie z Mchu i Paproci był krystalicznie czysty, a nad wodą unosiła się jeszcze leciutka, poranna mgiełka. Doktor Ambroży Pukawka uznał, że to idealny moment na porzucenie swoich słoiczków z maściami i aptekarskich wag. Dziś był dzień wielkich łowów – Ambroży wybierał się na ryby!
Jak to u Ambrożego bywa, przygotowania były festiwalem radosnego chaosu. Lekarz założył lekko przekrzywioną filcową czapkę, na którą z dumą powbijał zapasowe haczyki. Przez ramię przewiesił wielką, skórzaną torbę podróżną, z której zamiast medykamentów wystawała kanapka z serem od Etty i stary, sprawdzony kołowrotek. W ręku trzymał dumę swojej kolekcji – wędkę wystruganą osobiście z giętkiej, leszczynowej gałęzi.
Ruszył dziarskim krokiem przez paprocie, nucąc pod nosem wesołą, leśną melodię. Przy brzegu rzeki, tam gdzie nurt zwalniał i tworzył głębokie, spokojne zakole, Ambroży rozłożył swój mały, drewniany stołek. Kucnął, z wielką powagą i profesjonalnym skupieniem wybrał z glinianego słoiczka najbardziej dorodną leśną dżdżownicę i rzucił spławik prosto w lustro wody.
Siedział w ciszy, słońce zaczynało przyjemnie grzać go w plecy, a błękit nieba odbijał się w rzece. Ambroży wpatrywał się w spławik z taką hipnotyzującą uwagą, jakby badał puls najważniejszego pacjenta.
Nagle z szuwarów wychylił się mały dziczek Rumbas, a tuż za nim, skacząc po kamieniach, pojawił się Zefir.
– Oho! Doktorze Ambroży! – zawołał głośno Zefir. – I jak tam? Złapał Pan już tego legendarnego, leśnego suma?
Ambroży natychmiast przyłożył palec do ust, robiąc niesamowicie poważną minę:
– Ciiiii! Ryby słyszą nawet szelest skrzydełek żuczka Henryka! – szepnął konspiracyjnie. – poza tym, młoda istoto, w wędkarstwie wcale nie chodzi o to, żeby rybę złapać. Chodzi o to, żeby siedzieć nad wodą, patrzeć na ten święty spokój i czekać na to jedno, jedyne mgnienie, kiedy spławik pójdzie pod wodę. To jest najpiękniejsza medycyna dla duszy!
W tym samym ułamku sekundy czerwony spławik gwałtownie drgnął, zatańczył na fali i z głośnym „pluskiem!” zniknął pod wodą!
Ambroży aż podskoczył na swoim stołku, o mało nie gubiąc czapki.
– Trzymajcie kociołek! Jest! Gruba ryba! – wrzasnął lekarz, zapominając o własnej lekcji ciszy. Zaczął energicznie kręcić kołowrotkiem, leszczynowa wędka wygięła się w piękny łuk, a Rumbas zaczął radosne klaskać raciczkami na brzegu.
Po krótkiej, niezwykle zaciętej walce z wody wyskoczyła... piękna, mieniąca się w słońcu ryba. Ambroży delikatnie odczepił ją z haczyka, uniósł wysoko do słońca, żeby Zefir i Rumbas mogli podziwiać jej wielkość, po czym mrugnął do nich wesoło i... z powrotem wypuścił rybę prosto do rzeki.
– Niech rośnie na zdrowie! – zaśmiał się Ambroży, klepiąc się po brzuchu. – Moje rzemiosło na dziś wykonane. Czas na kanapkę!
Usiadł z powrotem na stołku, otoczony słońcem, dziecięcym śmiechem Zefira i radosnym fukaniem małego dziczka, czując w sercu ten najprostszy, najwspanialszy poranny spokój.
0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️