Dębowa łata

Słońce wpadało szerokimi strumieniami przez wielkie okna do pracowni krawcowej Eriki, rozświetlając unoszące się w powietrzu drobinki lnu i nitki kolorowych materiałów. Erika, z wysoko upiętym kokiem i siwymi pasmami mieniącymi się przy skroniach, siedziała właśnie przy stole, ze skupieniem odmierzając centymetrem rozłożone płótno. 

Na jej kołnierzyku, niczym małe leśne jeżyki, lśniły powpinane gęsto kolorowe szpilki i igły. W pracowni panował spokój, przerywany jedynie miarowym stukotem starej elfickiej maszyny do szycia.

Ciszę przerwało nagłe, gwałtowne szarpnięcie drzwi. Do środka, z wyjątkowo niespokojną miną, wmaszerował doktor Ambroży Pukawka. Roztrzepany lekarz i wesołek, który zazwyczaj wpadał wszędzie z głośnym żartem, tym razem poruszał się dziwnie bokiem, niemalże szorując plecami o ścianę.
– Eriko, moja droga! – zaczął od progu, starając się, by jego głos brzmiał całkowicie naturalnie, choć jego okularki niebezpiecznie zsunęły się na czubek nosa. – Przeprowadzam właśnie niezwykle ważny, kulinarny eksperyment terenowy i spotkała mnie... cóż, drobna awaria techniczna o charakterze wysoce prywatnym.
Krawcowa odłożyła nożyczki, uniosła jedną brew i zmierzyła Ambrożego wzrokiem.
– Awaria, powiadasz? A ten dziwny, boczny krok to nowa leśna gimnastyka, czy po prostu doktor Pukawka znowu uciekał przed pszczołami Abeji?
Ambroży westchnął ciężko, rozejrzał się czujnie po kątach pracowni, upewniając się, że nie ma tu nikogo więcej, po czym zaryzykował, obrócił się tyłem i z bezgraniczną skruchą wskazał ręką na swój tył.

Sytuacja była jasna. Na samym środku jego podróżnych, grubych spodni, dokładnie na zadku, ziała potężna dziura, przez którą beztrosko przezierało pasiaste płótno jego bielizny.
– Zbierałem chrust – tłumaczył się szybko lekarz, czerwieniąc się po uszy. – no i ... nie zauważyłem jednego sękatego konaru. Schyliłem się po wyjątkowo dorodną gałąź i... usłyszałem dźwięk, który mrozi krew w żyłach każdego. Trach! I cała moja lekarska powaga uleciała w siną dal.
Erika przez długą chwilę wpatrywała się w dziurę w spodniach na zadku doktora w absolutnej ciszy, aż w końcu z jej piersi wyrwał się cichy, radosny chichot, który szybko zamienił się w głośny, serdeczny śmiech.
–  Ambroży! Widzę, że sęki w naszym borze nie mają szacunku dla wiedzy medycznej! Dobrze, że przyszedłeś prosto do mnie, zanim z tym porannym chrustem poszedłeś na ganek do Etty!
Krawcowa działała z pełną, profesjonalną dbałością i taktem. Natychmiast rzuciła Ambrożemu długi, lniany koc, by mógł się nim owinąć, a same spodnie wylądowały na jej roboczym stole. Erika wyciągnęła z szafy kawałek niezwykle mocnego, grubego materiału w kolorze głębokiej leśnej zieleni – idealnego na ubrania podróżne.
– Usiądź na stołku i pij herbatę, lekarzu – zarządziła z uśmiechem, zasiadając za kołem swojej starej elfickiej maszyny. – Zrobimy tu splot tak mocny, że nawet najstarszy dąb w tym lesie go nie ruszy.
Przez kolejne dwadzieścia minut w pracowni słychać było już tylko miarowy, wesoły terkot igły tańczącej na materiale. Erika z wielkim kunsztem i sprytem naszyła na dziurę piękną, wzmacniającą łatę, układającą się w kształt dębowego liścia. Gdy Ambroży wciągnął spodnie z powrotem na siebie i przejrzał się w dużym oknie, jego lekarska duma została w ułamku sekundy uzdrowiona. Łata wyglądała tak dostojnie, jakby była elementem oficjalnego rodowego munduru!
– Jesteś czarodziejką, Eriko! – zawołał uszczęśliwiony Ambroży, poprawiając okularki i robiąc radosny przysiad, by przetestować wytrzymałość materiału. – Teraz żaden sęk mi niestraszny!
Pod dębowym niebem Lasu sobotnie popołudnie toczyło się swoim niespieszny, dobrym rytmem. Doktor Pukawka, maszerując już dumnie przed siebie, ruszył w stronę Domu pod Wiązami, a krawcowa Erika wróciła do swojego centymetra, uśmiechając się pod nosem.

Prześlij komentarz

0 Komentarze