Wieczór nad południowymi rubieżami Lasu z Mchu i Paproci wstawał cichy, rześki i pachnący żywicą. Kiedy słońce schowało się za horyzont, wysokie, pierzaste korony gigantycznych paproci zaryzykowały lekki taniec na chłodnym, wieczornym wietrze.
Na samym szczycie starej, drewnianej Wieży Obserwacyjnej stał Earyn. Silny, młody leśny Strażnik opierał się o dębową barierkę, czujnie omiatając wzrokiem ciemniejącą gęstwinę. Jego długi łuk spoczywał bezpiecznie na plecach, a bystre, elfie oczy dostrzegały każdy ruch gałązek daleko w dole. Na patrolu rzadko pozwalał sobie na rozluźnienie, ale ten wieczór miał w sobie dziwny, krystaliczny spokój.
Nagle z głębi wieży, po trzeszczących, drewnianych stopniach, rozległo się gwałtowne, rytmiczne tupanie. Chwilę później na platformę wdrapał się mały dziczek Rumbas . Jego pasiasty, brązowy grzbiet był lekko przyprószony igliwiem, a zakręcony ogonek kręcił się jak szalony ze zmęczenia i ekscytacji.
Rumbas z głośnym sapnięciem usiadł prosto na mchu, którym obrośnięty był taras wieży. Spojrzał na surowego elfa i cicho, pytająco chrumknął.
Earyn odwrócił głowę. Na widok małego podróżnika jedna z jego ciemnych brwi uniosła się wysoko w górę, a w kącikach ust tlił się ten rzadki, ciepły uśmiech, który rezerwował tylko dla swoich leśnych przyjaciół.
- A ty co tutaj robisz, mały rozbójniku? - zapytał cicho elf, kucając przy dziczku. - Etta i Sylwion na pewno cię szukają. Droga na dół jest ciemna.
Rumbas w odpowiedzi uniósł pyszczek i wyciągnął małą raciczkę prosto w stronę nieba. Earyn uniósł wzrok. Ponad koronami drzew rozpostarła się właśnie gigantyczna, granatowa płachta nocy, na której jedna po drugiej zapalały się setki krystalicznie czystych, lśniących gwiazd.
Strażnik zaśmiał się cicho i wyciągnął rękę z kieszeni lnianego kaftana. Wyjął z niej starą, mosiężną lunetę, którą kiedyś podarował mu mędrzec Thalendir. Rozłożył ją delikatnie i przyłożył do oka, a potem obniżył tak, by mały dziczek mógł przez nią spojrzeć.
Rumbas pociągnął powietrze, przymrużył jedno bystre oko i z zachwytu aż zamarł w bezruchu. Przez szkiełko gwiazdy wydawały się tak blisko, jakby były złotymi iskrami strzepanymi z kominka Babci Etty. Dziczek zaczął radośnie przebierać kopytkami, chrumkając z dumy, gdy odkrył na niebie cztery błyszczące punkty, które ułożyły się dokładnie w kształt... małego, gwiazdkowego ryjka.
- No tak - mruknął wesoło Earyn, delikatnie drapiąc Rumbasa za twardym, puszystym uszkiem - Oficjalnie ogłaszam, że odkryłeś dziś nowy gwiazdozbiór. Gwiazdozbiór Leśnego Łakomczucha.
Siedzieli tak razem na szczycie wieży przez długi czas – surowy, dumny Strażnik i mały, pasiasty dziczek, wpatrzeni w ogrom nieba. I choć ciśnienie wieczorem bywało kapryśne, a wiatr chłodził ramiona, w ich sercach panowało najwspanialsze, bezpieczne ciepło natury.





0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️