Instynkt medyka

Słoneczny, majowy poranek zalał ganek Domu pod Wiązami krystalicznie czystym, białym światłem. Etta, nucąc pod nosem, wyciągała właśnie z żeliwnego pieca wielką brytfannę pełną puszystych, rumianych drożdżówek z leśnymi jagodami. Słodki, maślany zapach natychmiast popłynął przez otwarte okno, niosąc się po całej polanie.

Dziadek Sylwion siedział na drewnianym stopniu, z powagą kiwając lewym butem. Tuż obok niego, na kępie szmaragdowego mchu, siedział mały miś Baryłka. Grubiutki niedźwiadek z zapartym tchem wpatrywał się w okno kuchni, uroczo ruszając noskiem i przestępując z łapki na łapkę.
– Nawet o tym nie myśl, mały głodomorze – zaśmiał się pod nosem Sylwion, gładząc swoją długą brodę. – Etta pilnuje tych jagodzianek jak największego skarbu.
Nagle z leśnej ścieżki, zza krzaków dzikiego jaśminu, wypadł doktor Ambroży Pukawka. Jego zielony płaszcz był tradycyjnie nieco roztrzepany, a z kieszeni wystawały pęczki suszonych ziół. Wpadł na ganek jak burza, głośno sapiąc i machając rękami.
– Ratunku! Tragedia! – zawołał od progu Ambroży, łapiąc się za serce z udawanym przerażeniem.
Etta wyszła na ganek, trzymając w dłoniach drewnianą łyżkę i patrząc na lekarza znad swoich okularów.
– Ambroży, na miłość boską, co się stało? – zapytała z uśmiechem. – Czy komuś w lesie spuchło ucho?
– Gorzej, Droga Etto! O wiele gorzej! – Ambroży dramatycznie opadł na wolne krzesło. – W mojej aptece panuje groźna, poranna epidemia! Moje własne gardło odmawia posłuszeństwa z braku... czegoś słodkiego. A zapach z Twojej kuchni doleciał aż pod moje drzwi. Jako lekarz stwierdzam, że tylko jedna, ciepła jagodzianka może uratować moje zdrowie!
Sylwion parsknął głośnym chichotem, aż wianek zsunął mu się na czoło.
– Wiedziałem! Ambroży, Twój nos do darmowego jedzenia jest lepszy niż ucho Strażnika Lasu!
– To się nazywa instynkt medyczny, Sylwionie! – odparł z powagą Pukawka, puszczając oko do małego misia Baryłki, który w tym samym momencie cichutko pisnął, jakby całkowicie zgadzał się z diagnozą lekarza.
Etta westchnęła udając surową, ale jej oczy błyszczały z czułości. Poszła do kuchni i po chwili wróciła, niosąc wielki gliniany talerz parujących, pachnących drożdżówek.
– No dobrze, lekarzu wesołku – powiedziała, kładąc talerz na dębowym stole. – Bierzcie, póki ciepłe. Ale jeśli usłyszę, że po tym porannym lekarstwie rozboli Was brzuch, odeślę Was do Idril po gorzki napar z piołunu!
– O nie, wszystko, tylko nie piołun! – zawołał Ambroży, natychmiast łapiąc największą drożdżówkę.
Sylwion bez słowa sięgnął po drugą, a jedną, nieco mniejszą, położył na mchu tuż przed misiem Baryłką. Niedźwiadek zatarł z zachwytu puszyste łapki i natychmiast zaczął wcinać ciasto, uroczo brudząc sobie nos fioletowym sokiem z jagód. Słońce wznosiło się coraz wyżej, rozlewając po lesie głęboki spokój i domowe ciepło. Zapowiadał się cudowny, niesamowicie pyszny dzień!

Prześlij komentarz

0 Komentarze