W gęstwinie starych dębów panowała absolutna cisza. Earyn szedł powoli, niemal bezszelestnie, stawiając swoje skórzane buty na miękkiej poduszce z zielonego mchu. Dumny i silny Strażnik miał dziś na sobie podróżny, oliwkowy płaszcz, a jego bystre oczy uważnie lustrowały gęstwinę – sprawdzał, czy granice lasu są całkowicie bezpieczne.
Nagle z tyłu, zza kępy dzikich jagód, dobiegło głośne, radosne chrumkanie, a potem potężny raban, jakby stado dzikich niedźwiedzi przedzierało się przez chrust.
Earyn zatrzymał się, westchnął cicho i odwrócił głowę, a potem aż otworzy usta ze zdumienia.
Z gęstych liści paproci, przepychając się nawzajem i głośno posapując, wytoczyła się pasiasta, zwariowana gromadka. Rumbas przyprowadził dwóch braci! Trzy małe dziczki, umazane ziemią, zaczęły kręcić się wokół skórzanych butów elfa, machając zakręconymi ogonkami i domagając się uwagi.
– Rumbas... – odezwał się Earyn swoim głębokim, surowym, ale pełnym rozbawienia głosem. – Mówiłem ci rano, że obchód granic wymaga absolutnej ciszy. Jesteś leśnym tropicielem, a tymczasem mamy tu całą chmarę łobuziaków.
W odpowiedzi cała trójka uroczo klapnęła brzuchami prosto w szmaragdowy mech i zadarła ubłocone ryjki do góry. Maluchy zaczęły przekomarzać się i szturchać noskami, kompletnie nic sobie nie robiąc z powagi strażnika granic.
– No dobrze, poddaję się. Zrobimy przerwę, zanim rozniesiecie mi cały bór – uśmiechnął się szeroko Earyn, siadając na zwalonym pniu dębu.
Wyciągnął z kieszeni płaszcza lniany woreczek od Babci Etty i wysypał na dłoń dużą garść dojrzałych żołędzi oraz suszonych plasterków jabłek. Rumbas i jego bracia na ten widok aż podskoczyli!
Przepychając się wesoło maluchy zaczęły wcinać smakołyki, robiąc przy tym tyle hałasu, że chyba cały Las to słyszał.
Earyn postanowił w głębi duszy, że lekcja zwiadów odbędzie się kiedy indziej.




0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️