Olbrzym - pierwsze spotkanie

Nocny chłód wciąż unosił się nad skalistą granią, gdy doktor Ambroży Pukawka, poprawiając na ramieniu ciężką torbę z ciemnej skóry, dotarł na sam szczyt górskiego szlaku. Przez całą noc szukał rzadkiej, dzikiej melisy, która rośnie wyłącznie w szczelinach, gdzie gleba miesza się z pyłkiem nocnych kwiatów. Szedł powoli, zsuwając okrągłe okularki na czubek nosa i wpatrując się w gęsty szafir budzącego się właśnie dnia.

Nagle, tuż obok dwóch wysokich, strzelistych świerków, które od wieków stały na samej krawędzi zbocza, zastał widok, który dosłownie odebrał mu mowę.

W kamiennej niszy, rozciągnięty na boku i wtulony w szare bloki skał, spał w najlepsze najprawdziwszy olbrzym. Wielkolud był dogromny! Jego grubo tkany wełniany sweter w kolorach ziemi sprawiał, że z daleka wyglądał jak część zbocza, a potężna broda wyglądająca jakby była niemal z żywego, ciemnozielonego mchu rozlewała się po kamieniach, niemal całkowicie zlewając się z podłożem. Spał głęboko, a jego wielka, poczciwa twarz była spokojna. 
– O-o... – mruknął pod nosem Ambroży, stając ramię w ramię z potężną stopą wielkoluda. – To ci dopiero pacjent...
Doktor, jak na dyplomowanego lekarza przystało, od razu przeszedł do profesjonalnej kontroli. Ściągnął torbę, wyciągnął z niej swój długi, drewniany stetoskop i ostrożnie, wspinając się na palce, przyłożył go do wielkiego, wełnianego boku śpiącego gościa. Przez tubę dobiegło miarowe, potężne dudnienie, jakby wewnątrz góry biło wielkie, czule i spokojne serce.
– Serce jak dzwon, płuca czyste jak powietrze nad Srebrzystym Strumieniem – zdiagnozował flegmatycznie medyk. – Czas na wywiad lekarski.
Ambroży podniósł z ziemi suchą gałązkę świerkową i zaczął delikatnie łaskotać olbrzyma tuż pod wielkim nosem. Wielkolud zmarszczył potężne brwi, fuknął głośno, aż gałęzie świerków zatrzęsły się na wietrze. Uchyli powoli powieki,  spojrzał na siedzącego w dole elfa w okularach, po czym otworzył usta i zamruczał basowo, a z jego wnętrza wypłynęło głębokie, przeciągłe:
– Mruuu-hruuu-bum...
Głos był tak niski, że aż zatrzęsły się kamienie pod stopami lekarza. Nim Ambroży zdążył zadać jakiekolwiek pytanie o ból głowy czy drogę do domu, Olbrzym obrócił się ciężko na drugi bok, wtulił mocniej w skalną ścianę i znowu zapadł w najgłębszy, błogi sen.
– No tak, bariera językowa – westchnął Ambroży, wyciągając ze skórzanej kieszeni swój mały, pamiątkowy notes i ołówek. Przykucnął na omszałym kamieniu i na pierwszej stronie zapisał wielkimi literami: Słownik mowy Olbrzyma. Tuż pod spodem dodał: 1. Mruuu-hruuu-bum – prawdopodobnie oznacza: Dajcie mi wszyscy święty spokój pod tym kocykiem, albo przynieście potrójną porcję maślanej drożdżówki od Babci Etty.
Lekarz pokręcił z rozbawieniem głową, zamknął notes i spojrzał na wielką, śpiącą postać.
– Podleczymy te twoje chrapanie, przyjacielu, ugotujemy napar z melisy, a potem zobaczymy, co dalej – szepnął Ambroży, zsuwając okulary z powrotem na nos. Spakował swoje rzeczy i zaczął cicho schodzić w dolinę.
Kiedy się obejrzał przez ramię, miły Wielkolud patrzył za nim z uśmiechem.
Ambroży ruszył energicznie w dół, ścieżką wiodącą prosto do Złotej Pasieki, by ogłosić całemu borowi, że w naszych górach narodziła się właśnie zupełnie nowa, zjawiskowa opowieść.

Prześlij komentarz

0 Komentarze