Piri i Pii-o

Słońce sączyło się przez korony potężnych dębów-starców, rzucając jasne, złociste plamy na splątane korzenie. W tym odległym, bezpiecznym zakątku boru Ród Dębowego Splotu od świtu zajmował się swoimi codziennymi obowiązkami. 

Piri wędrowała niespiesznie, nawijając na brązowy patyczek mocne nitki dzikiego lnu, które wiatr zaplątał w gałęzie. 

Nagle, tuż obok jej stóp, spod wielkiego, ciemnego liścia dębu dobiegł bardzo cichy, senny odgłos:
— Fruuu-pruuu-mruuu...
Piri zamarła, kucnęła nisko na puszystym mchu i delikatnie odchyliła zieloną gałązkę. Zza liścia wyłoniło się malutkie, niezwykle dziwne stworzonko. Miało okrąglutkie ciałko wielkości brzoskwini, pokryte gęstym, miękkim, żywozielonym mchem. Jego długie, zaokrąglone uszka tkwiły w trawie, a małe, czarne ślepka patrzyły na nią z wielką, ufną ciekawością.
Na ten widok skupiona dotąd buzia Piri rozpromieniła się w najpiękniejszym uśmiechu.
— A ty skąd się tu wziąłeś, maluchu? – szepnęła, delikatnie gładząc palcem jego aksamitny grzbiet.
Przez kolejne trzy dni Piri z wielką dbałością i skupieniem obserwowała to miejsce. Przychodziła tu o świcie i o zmierzchu, zostawiając ukradkiem kilka leśnych jagód. Zielona kuleczka wciąż była zupełnie sama, nikt po nią nie wracał, a mała stokrotka na jej grzbiecie z każdym dniem opadała coraz niżej. Dopiero gdy Piri zyskała absolutną pewność, że maluch zgubił się na dobre i został sam, bez wahania podniosła go, usadowiła bezpiecznie w kapturze na swoich plecach i zabrała pod bezpieczny dach swojej osady. Nazwała go Pii-o, bo dokładnie taki dźwięk wydawał, gdy podkradał się do jej dłoni po przysmaki.
Minęło kilka dni wspólnego życia w dębowych korzeniach. Pii-o szybko stał się ulubieńcem całej osady, uroczo strzygąc swoimi długimi uszkami – z których jedno często zostawało trochę z tyłu, uważnie łapiąc każdy odgłos lasu. Piri opiekowała się nim z największą dbałością, ale jedna rzecz ogromnie ją ciekawiła. Z zielonego grzbietu stworzonka wyrastała mała, pojedyncza stokrotka.
Po pewnym czasie zaczęła uważnie obserwować ten leśny kwiatek i zorientowała się w czym tkwi sekret.
Kiedy Pii-o biegał wesoło wokół jej bosej stopy, zlizywał słodki sok z malin i cichutko, miarowo mruczał, stokrotka na jego główce sterczała dumnie i prosto ku górze, rozchylając białe płatki prosto do słońca. To był znak, że stworzonko jest bezgranicznie szczęśliwe i czuje się w pełni bezpiecznie.
Jednak wystarczyło, że nad borem przetoczyła się głośna, burzowa chmura lub Piri na chwilę musiała wyjść dalej do swoich obowiązków, a maluch zostawał sam. Wtedy puszysta kuleczka cichutko posapywała, chowała łapki pod mech, a łodyżka stokrotki natychmiast smutno opadała w dół, tuląc płatki do zielonego futerka.
Gdy Piri wracała do osady i widziała zwiędnięty kwiatek, od razu wiedziała, co ma robić. Brała Pii-o w obie dłonie, unosiła go i śmiejąc się radośnie, gładziła go delikatnie jednym palcem po puszystym łebku. Pod wpływem tego stokrotka w ułamku sekundy prostowała się na nowo, stercząc dumnie ku dębowym koronom. 

Prześlij komentarz

0 Komentarze