Wieczorny zmierzch nadciągał nad bór powoli i z wielką godnością. Piękne słońce, które przez cały dzień ogrzewało cały Las, schowało się już za horyzontem, ustępując miejsca głębokiemu, czystemu szafirowi nocnego nieba. Na gałęzi starej wierzby siedziała mała, puszysta sówka Syrla, która powoli otwierała swoje wielkie, błyszczące złote oczy, witając budzący się, przyjemny chłód.
Lioriel szła wąską ścieżką w głąb starej dąbrowy. W jej oczach malował się niepokój. Przeszukała już całą cały dom, okoliczną polanę, zajrzała nawet pod ganek Babci Etty, a prastarego, brzozowego fletu nigdzie nie było. Bez tego drobnego instrumentu, wykonanego z białej kory, nie mogła otworzyć szafirowych portali w pniach drzew, by sprowadzić leśny pyłek na nocne kwiaty.
Nagle z gęstwiny paproci dobiegł ją przedziwny, cichy i nieco chropowaty dźwięk. Ktoś próbował dmuchać w flet, ale zamiast czystej melodii, z instrumentu wydobywało się tylko głośne, nieskładne piszczenie.
Lioriel uśmiechnęła się leciutko i bezszelestnie rozsunęła zielone gałęzie.
Na starym, porośniętym mchem pniu dębu siedział Zefir. Jego czupryna była całkowicie zwichrowana, a brwi zmarszczone w wyrazie najwyższego skupienia. Policzki miał wydęte jak mały chomik Barnaba, a w palcach mocno ściskał zgubiony brzozowy flet. Obok niego, ubrany w miękki sweterek, siedział mały Leo, który wiercił się niespokojnie pod wpływem tych głośnych pisków.
– Zefirze – powiedziała cicho Lioriel, wychodząc z cienia.
Ten aż podskoczył ze strachu, o mało nie upuszczając instrumentu. Natychmiast schował ręce za plecy, a jego uszy zrobiły się czerwone ze wstydu.
– Lioriel! Ja... ja wcale go nie ukradłem! – wykrztusił szybko, patrząc w ziemię. – Znalazłem go przy Srebrzystym Strumieniu. Chciałem tylko... tak bardzo chciałem spróbować.
Lioriel podeszła bliżej i usiadła na pniu tuż obok niego. Sówka Syrla nad ich głowami mruknęła cicho, jakby aprobowała ten krok.
– Chciałem nauczyć się leśnej kołysanki – przyznał cicho Zefir, wyciągając flet zza pleców i podając go właścicielce. – Mały Leo od trzech nocy nie może spać przez ten majowy wiatr. Elora prosiła, żebym mu pośpiewał, ale to nic nie pomaga. Kiedy ty grasz, las od razu cichnie. Myślałem, że jeśli spróbuję, to i Leo szybko uśnie pod kocykiem od Eriki. Ale mi nie wychodzi. Ten flet mnie nie słucha, tylko piszczy.
Lioriel wzięła instrument w dłonie. Biała kora brzozy wciąż była ciepła od palców chłopca. Spojrzała na niego z głębokim, matczynym zrozumieniem.
– Bo leśny flet nie potrzebuje siły, Zefirze – wyjaśniła miękko. – Nie możesz wpychać w niego całego powietrza naraz. Musisz pozwolić, by twój oddech płynął tak spokojnie, jak woda w strumieniu.
Położyła swoje delikatne palce nad jego dłońmi, pokazując mu, jak prawidłowo zakrywać małe otworki w drewnie.
– A teraz zamknij oczy. Nie myśl o nutach. Posłuchaj, jak szumią dębowe korony nad nami, i spróbuj oddychać razem z nimi. Bardzo powoli.
Zefir wziął głęboki oddech, rozluźnił ramiona i przyłożył flet do ust. Tym razem, pod czujnym okiem Lioriel, z białego instrumentu wypłynął zupełnie inny dźwięk – czysty, miękki i niesamowicie nastrojowy. Melodia ułożyła się w prostą, leśną kołysankę, która zaczęła cichutko płynąć między gęstymi paprociami.
Mały Leo westchnął głęboko, wtulił nosek w ramię Zefira i natychmiast mocno zasnął. Na niebie rozbłysły pierwsze, piękne gwiazdy, a Zefir spojrzał na Lioriel z oczami pełnymi czystego, dziecięcego zachwytu.
- Wracamy do Elory i Caladmira - stwierdziła Lioriel, delikatnie biorąc śpiącego Leo w ramiona - na pewno odchodzą od zmysłów, co się dzieje z ich synkiem.
0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️