Czerwcowe słońce rzucało tego ranka długie cienie na omszałe korzenie starych świerków. W powietrzu unosił się zapach żywicy i dzikiej mięty, ale nad leśnym traktem unosiła się mgiełka.
Oak poprawił skórzany pasek swojej podróżnej torby, w której dumnie pobrzękiwały trzy wysuszone żołędzie, kawałek sznurka i sucha skórka od chleba. Spojrzał na Faelana z miną godną najstarszego wędrowca w boru.
Skoro Strażnik Lasu zaginął, ktoś przecież musiał przejąć jego obowiązki i pilnować ścieżek.
– Faelanie – odezwał się szeptem, choć w promieniu stu metrów jedynym słuchaczem był stary, gruby żuk, który i tak zajęty był pchaniem kulki z mchu. – Sprawa jest niezwykle ważna. Aarien wciąż nie wrócił. Skoro starsi elfowie tylko siedzą, parzą zioła i debatują na ganku u Etty, my musimy wyruszyć na zwiady. Zakładamy Ekipę Tropicieli.
Faelan skinął energicznie głową. W dłoni trzymał swój najcenniejszy oręż: długi, idealnie prosty patyk z łopianowym liściem przywiązanym na końcu, który w jego wyobraźni był potężną włócznią strażnika.
– Ja idę przodem! – zawołał Faelan, robiąc wielki krok w stronę gęstwiny. – Moje lewe ucho drży, a to oznacza, że trop jest blisko. Albo że leśna mrówka mi tam weszła.
– Ciiichooo – syknął Oak, łapiąc brata za ramię. – Prawdziwi wędrowcy nie krzyczą. Idziemy gęsiego. Ja patrzę w lewo, ty patrzysz w prawo. Jeśli zobaczysz cokolwiek dziwnego, na przykład sówkę syrlę albo nieznane ścieżki, dajesz sygnał. Jak puszczyk.
Wyruszyli. Ich wielka wyprawa prowadziła wzdłuż dróżki, która zaczynała się tuż za płotem pracowni krawcowej Eriki.
Las szumiał nad ich głowami opowieściami z minionych wieków, a małe stopy miękko zapadały się w zielone poduszki z mchu. Po przejściu dokładnie siedemdziesięciu kroków, Faelan nagle zamarł z otwartą buzią, a jego łopianowa włócznia opadła na ziemię.
– Oak… – szepnął z nabożnym zachwytem. – Znalazłem. To czerwony, błyszczący skarb. Może to znak od leśnych duszków?
Oak natychmiast przykucnął obok brata. Między dwoma paprociami, w plamie porannego słońca, pyszniła się wielka, idealnie dojrzała, krwistoczerwona poziomka. Pachniała tak słodko, że obu podróżnikom natychmiast zaburczało w brzuchach.
– Musimy sprawdzić, czy jest bezpieczna – zauważył z powagą Oak, badawczo mrużąc oczy. – Nie możemy zostawić jej tak na szlaku.
– Ja ją sprawdzę! – zaoferował się natychmiast Faelan, zrywając owoc. Sekundę później po leśnym skarbie nie było już śladu, a wokół ust małego skrzata pojawił się czerwony, pachnący krąg. – Bardzo smaczna. I całkowicie bezpieczna.
Dalsza droga okazała się pasmem wielu ważnych przystanków. Trzydzieści kroków dalej trzeba było sprawdzić kolejnych pięć poziomek, potem uratować małego chrabąszcza, który wywrócił się na plecy, a na koniec oswobodzić rękaw Faelana z uścisku dzikiej jeżyny.
Kiedy słońce stanęło wysoko nad świerkami, obaj mali wędrowcy siedzieli zmęczeni na pniu powalonej brzozy, umazani poziomkowym sokiem od ucha do ucha. Wokół nich wszystko wyglądało znajomo, ale jakoś tak… za mało znajomo.
– Oak? – bąknął cicho Faelan, tuląc do siebie swój patyk. – Gdzie właściwie jest dom cioci Eriki? Powinien być za tymi krzakami, a tam są tylko inne krzaki.
Oak spojrzał na słońce, potem na żołędzie w swojej torbie, które nagle przestały dodawać mu odwagi.
– Zgubiliśmy się – przyznał z rzadką u niego szczerością. – Ale jako dowódca muszę ci powiedzieć, że po prostu badamy zupełnie nowe leśne terytorium.
Zza gęstych krzewów borówki rozległo się nagle ciche, rozbawione parsknięcie. Liście rozsunęły się i na polankę wyszedł lisek Jantar. Jego ruda kita falowała wesoło, a bystre, koralikowe oczka patrzyły na umorusanych braci z wielką rozrywką.
Towarzyszył mu Earyn – wysoki, dumny elf, który szedł tak cicho, że nawet paprocie nie drgnęły pod jego stopami. Surowa twarz Earyna drgnęła lekko na widok małych wędrowców.
– Wielka wyprawa poszukiwawcza, jak rozumiem? – zapytał głębokim, spokojnym głosem Earyn, krzyżując ramiona na piersi.
– Patrolowaliśmy teren! – wyprężył się Oak, starając się wyglądać na wyższego niż był w rzeczywistości. – Wszystko pod kontrolą, Strażniku Earynie.
Jantar podszedł bliżej i trącił noskiem łopianową włócznię Faelana, po czym machnął ogonem w stronę powrotnej ścieżki, jakby mówił: „Chodźcie, mali strażnicy, jagodowe placki u Etty same się nie zjedzą”.
– Aarien byłby z was dumny – powiedział cicho Earyn, a w jego surowych oczach błysnęła rzadka, ciepła iskra. – Ale las potrzebuje teraz, żebyście pilnowali ganku. Chodźmy do domu.
Mali poszukiwacze przygód ruszyli posłusznie za szerokimi plecami Earyna i rudą kitą Jantara. Choć nie przynieśli dziś żadnych wieści o zaginionym Strażniku, wracali z pełnymi brzuchami i niezłomną wiarą, że skoro w Lesie są tak silni obrońcy, dobro wkrótce wygra, a Aarien odnajdzie drogę do domu.






0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️