Słońce leniwie chowało się za korony prastarych świerków, zalewając ganek domu ciepłym, miodowym blaskiem.
Aarien siedział na drewnianej ławie, trzymając w dłoniach gliniany kubek z gorącym naparem z miodu i lipy, który przygotowała dla niego Idril. Choć jego ciało było już bezpieczne, w oczach Strażnika Lasu wciąż tlił się głęboki, chłodny cień krainy, z której dopiero co powrócił.
Idril usiadła tuż obok, kładąc mu dłoń na ramieniu. Jej dotyk pachniał wrzosem i domowym ciepłem – rzeczą, o której Aarien tam, za szafirową barierą mgieł, zdążył już prawie zapomnieć.
– Opowiedz mi – poprosiła cicho, patrząc na jego zmęczoną twarz. – Co tam było, Aarienie? Co widziałeś po drugiej stronie?
Aarien wziął głęboki oddech, jakby chciał na zawsze wypchnąć z płuc resztki obcego, ciężkiego powietrza.
– Tam nie ma lasu, Idril... – zaczął, a jego głos, dawniej silny i pewny, teraz drżał cicho. – Tam jest tylko kamień, żelazo i przerażająca, bezwzględna pustka. Szeptun rzucił mnie w samo serce świata ludzi. To kraina, w której wszystko kręci się wokół brudnych pieniędzy i fałszywego bogactwa, ale pod tą błyszczącą powłoką kryje się najstraszniejsza nędza, jaką można sobie wyobrazić. Bieda ludzkich serc.
Idril słuchała w milczeniu, mocniej zaciskając palce na jego ramieniu.
– Ludzie w tamtym świecie zbudowali potężne, szare miasta, które zasłaniają niebo – kontynuował Aarien, wpatrując się w dymiący kubek. – Ale w tych miastach nikt nie ma dla nikogo czasu. Wszyscy potwornie gonią. Biegną od świtu do nocy, zagonieni, z oczami wlepionymi w ziemię lub w małe, świecące pudełka, które trzymają w dłoniach. Mijają się na ulicach jak bezgłośne, samotne cienie. Nie ma tam uwagi. Nie ma spojrzenia w oczy. Człowiek może upaść na środku drogi, a inni po prostu go ominą, spiesząc się za swoim okruchem złota.
Strażnik Lasu urwał na chwilę, a na jego czole pojawiły się głębokie bruzdy. Wspomnienie tamtego chłodu wyraźnie nim wstrząsnęło.
– Najgorszy był jednak zupełny brak miłości – szepnął, podnosząc wzrok na Idril. – Oni zapomnieli, czym ona jest. Wszystko tam ma swoją cenę. Każdy gest, uśmiech i słowo są przeliczane na zysk. Dzieci płaczą z samotności, bo rodzice gonią za bogactwem, a bogaci umierają ze smutku w swoich wielkich, luksusowych domach, bo nie ma w nich nikogo, kto przytuliłby ich bezinteresownie. To straszny, lepki brud, który oblepia ich dusze. Szeptun karmił się tym. Trzymał mnie w tej ludzkiej apatii, wysysając ze mnie wspomnienia o naszym Borze. Czułem, jak moje własne serce zaczyna twardnieć i zamieniać się w kamień.
Aarien odstawił kubek, odwrócił się do Idril i ujął jej dłonie w swoje ręce. Po raz pierwszy na jego ustach pojawił się cień dawnego uśmiechu.
– Gdyby nie twoja melodia... gdyby nie ta czysta, leśna magia, którą przedarłaś się przez mgłę, zostałbym tam na zawsze jako kolejny zagoniony, smutny cień. Dopiero twój głos przypomniał mi, że istnieje świat, w którym największym bogactwem jest miękki mech pod stopami, zapach ciasta Etty i czas, który możemy podarować tym, których kochamy. Jesteśmy ocaleni, Idril. I obiecuję ci, że będę strzegł granic naszego Lasu z mchu i paproci z jeszcze większą siłą. Żaden ludzki, chłodny wiatr nie ma prawa tu dotrzeć.



0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️