Czerwcowe popołudnie wlało się do pracowni krawcowej Eriki falami gęstego, złotego słońca. Wielkie okna były otwarte tak szeroko, że do środka zaglądały soczyste liście paproci, a w powietrzu, zamiast zapachu trosk, unosił się aromat słodkiego jaśminu i parzącej się na piecu dzikiej mięty.
Erika, z centymetrem dumnie przewieszonym przez szyję, poprawiła swój wysoko upięty kok. W jej ciemnych włosach błyszczały nitki siwizny, lśniąc w słońcu niczym srebrne pasemka. Właśnie siadała do swojej starej, elfickiej maszyny, gdy na parapecie rozległo się ciche, rytmiczne pukanie.
To był mały Tuk. Malutki elfik stał tam, trzymając w rączkach coś, co wyglądało jak najzwyklejsza na świecie, sucha szyszka modrzewia.
– Ciociu Eriko! – zawołał cichutko Tuk, mrugając ciekawsko swoimi wielkimi oczkami. – Mam wielki problem!
Erika uniosła brwi i uśmiechnęła się łagodnie, odsuwając na bok zwoje cieniutkiego jak pajęczyna materiału.
– Oho. Brzmi bardzo poważnie, maluchu. Co to za problem?
– Mój kaftanik – westchnął Tuk, wdrapując się ostrożnie na blat biurka, tuż obok kolorowych szpulek. – Dziadek Sylwion twierdzi, że prawdziwy leśny tropiciel powinien nosić kieszenie. Przynajmniej dwie! Jedną na zapasowe żołędzie, a drugą na skarby. A ja nie mam żadnej! I zobacz: próbowałem sam przywiązać tę szyszkę sznurkiem, ale ciągle spada mi na stopę i utrudnia patrolowanie mchu.
Krawcowa zaśmiała się cicho, a ten dźwięk był tak ciepły, jak trzaskanie drewna w kominku. Przyjrzała się dokładnie zielonemu ubranku.
– Sylwion jak zwykle ma tysiąc rad dla całego świata – mruknęła z rozbawieniem, sięgając po pudełeczko z kolorowymi szpilkami – Ale z jednym muszę mu przyznać rację. Porządny elfik bez kieszeni jest jak kuchnia Etty bez mąki. Nie martw się, Tuku. Zrobimy takie kieszenie, że sam Sylwion zzielenieje z zazdrości. Zdejmij kaftanik, mój mały!
Erika wysunęła szufladę pełną najrzadszych skrawków materiałów. Wyciągnęła z niej kawałek mocnego materiału w kolorze głębokiego błękitu – dokładnie takiego, jak bezchmurne letnie niebo, które lśniło teraz za oknem.
Nacisnęła stopą pedał maszyny. Metalowy, rytmiczny turkot urządzenia natychmiast wypełnił pracownię, brzmiąc jak najprzytulniejsza, domowa melodia. Tuk siedział na brzegu poduszeczki do igieł, z zapartym tchem i otwartą buzią obserwując, jak zwinne palce Eriki tkały nitkę wzdłuż materiału.
– Gotowe – ogłosiła po ułamku sekundy krawcowa, ucinając nitkę małymi, mosiężnymi nożyczkami. – Przymierz, młody kawalerze.
Tuk wsunął rączki w poprawiony kaftanik i natychmiast wetknął jedną dłoń do nowej, błękitnej kieszonki. Do drugiej idealnie zmieściła się szyszka. Elfik wyprostował się dumnie, a jego małe, spiczaste uszy zadrżały z radości.
– I jak? – zapytała Erika, opierając dłonie na biodrach i patrząc na niego z góry.
– Jestem niesamowicie mężny – oświadczył z pełną powagą Tuk, klepiąc się po jednej z nowych kieszonek. – Teraz zmieszczę tu nawet trzy żołędzie i kawałek suszonej poziomki od Faelana.
– Tylko pamiętaj, nie noś w nich żądnych kamieni – upomniała go z uśmiechem Erika, całując malucha w czubek mchowej czapeczki.
Popołudniowe słońce leniwie wędrowało po ścianach pracowni, a w Lesie z Mchu i Paproci panował najpiękniejszy, niespieszny spokój. Dwoje przyjaciół piło powoli chłodną miętę, ciesząc się z idealnych, błękitnych kieszonek.





0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️