Gdzie jest Syrla?

Gościnnie Autorka: Danutka Nutka

Poranek był spokojny. Lioriel siedziała na tarasie domu na dębie i czytała książkę. Wietrzne dzwoneczki muskane delikatnym powiewem wiatru, nuciły cichutko przyjemną melodię.
Syrla, jej ukochana sowa, zwykle o tej porze wracała z porannego lotu, tym razem jednak jeszcze jej nie było.

Elfka odłożyła książkę. Spojrzała na niebo. Potem na las.

— Pewnie poluje — mruknęła.



Spróbowała wrócić do czytania, jednak potrafiła się skupić.

Minęła godzina, następnie druga, Syrli nadal nie było. Niepokój zaczął ściskać ją w żołądku.

Abeja znalazła ją spacerującą nerwowo po tarasie.

— Coś się stało?
— Nie mogę znaleźć Syrli.
— Wróci, pewnie jeszcze poluje.
— Zawsze wraca wcześniej.

Abeja spojrzała na przyjaciółkę uważnie. Znała ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, kiedy naprawdę się martwi.

— Chodź. Poszukamy jej.

Przez kilka godzin przeczesywały las. Wołały, nasłuchiwały. Zaglądały między skały i do dziupli starych drzew. Nigdzie jednak nie znalazły sowy. Im dłużej trwały poszukiwania, tym bardziej milczała Lioriel.

Abeja widziała, jak bardzo jest zdenerwowana.

— Syrla jest mądra.
— Wiem.
— Poradzi sobie.
— Wiem.

Ale nie brzmiało to przekonująco.

Tymczasem Earyn patrolował północną część lasu.

Las wydawał się spokojny. Nagle usłyszał ciche pohukiwanie. Bardzo słabe, zatrzymał się i nasłuchiwał. Pohukiwanie powtórzyło się.

Strażnik ruszył w tamtą stronę.

Kilka minut później znalazł Syrlę. Siedziała pod przewróconym pniem. Jedno skrzydło trzymała dziwnie opuszczone. Kiedy go zobaczyła, pohukała żałośnie.

— No proszę.

Earyn przykucnął.

— Co ty tutaj robisz mała?




Sowa spojrzała na niego tak obrażonym wzrokiem, że prawie się uśmiechnął. Ostrożnie wziął ją na ręce. Syrla nawet nie próbowała protestować.

Lioriel i Abeja wracały właśnie do domu, kiedy na ścieżce pojawił się Earyn.

Elfka zobaczyła sówkę od razu.

— Syrla!

Pobiegła do nich.

Sowa natychmiast wyciągnęła do niej głowę. Lioriel przytuliła ją ostrożnie.


— Tak się martwiłam...

Syrla cicho zahukała.

— Jest ranna — powiedział Earyn.
— Co jej jest?
— Chyba zwichnęła skrzydło.

Uśmiech zniknął z twarzy Lioriel.

— Musimy znaleźć doktora Ambrożego.

Doktor Ambroży mieszkał niedaleko. Poszli do niego w trójkę. Powitał ich z uśmiechem i zaczął badanie.

— Pokażcie pacjentkę.

Syrla natychmiast schowała głowę pod skrzydło.

— O nie — westchnął Ambroży. — Trafił mi się trudny przypadek.

Abeja parsknęła śmiechem. Lioriel nie śmiała się ani trochę. Przez cały czas obserwowała każdy ruch lekarza.

Ambroży obejrzał skrzydło. Potem pokiwał głową.

— Nic groźnego.



Lioriel odetchnęła.

— Naprawdę?
— Zwichnięcie. Kilka dni odpoczynku i będzie latać jak wcześniej.
— Na pewno?
— Młoda damo, jestem lekarzem od czterdziestu lat.
— Czyli na pewno?
— Na pewno.

Przez następne dni Syrla była rozpieszczana bardziej niż kiedykolwiek.
Lioriel przynosiła jej ulubione smakołyki.
Abeja przygotowała miękkie posłanie.
Hubert twierdził, że sowa specjalnie udaje bardziej chorą, żeby dostawać więcej przysmaków.



— To bardzo poważne oskarżenie — powiedział Earyn.
— Spójrz na nią. Wygląda na podejrzanie zadowoloną.

Syrla zahukała z oburzeniem.

Kilka dni później wszyscy stali przed domem na dębie.
Syrla siedziała na poręczy. Poruszyła skrzydłem. Potem drugim. Rozłożyła je szeroko.
I wzbiła się w powietrze.

Lioriel obserwowała ją, dopóki nie zniknęła nad koronami drzew. Dopiero wtedy się uśmiechnęła.

— Wróci — powiedziała Abeja.
— Wiem.

Kilka sekund później Syrla zatoczyła koło nad domem i usiadła Lioriel na ramieniu.
Jakby chciała upewnić ją, że nigdzie się nie wybiera.

— No dobrze — zaśmiała się elfka. — Ja też się cieszę, że wszystko jest już dobrze.

Zawsze gdy były razem wszystko było w porządku.

Prześlij komentarz

0 Komentarze