Poranek był spokojny. Lioriel siedziała na tarasie domu na dębie i czytała książkę. Wietrzne dzwoneczki muskane delikatnym powiewem wiatru, nuciły cichutko przyjemną melodię.
Syrla, jej ukochana sowa, zwykle o tej porze wracała z porannego lotu, tym razem jednak jeszcze jej nie było.
Elfka odłożyła książkę. Spojrzała na niebo. Potem na las.
— Pewnie poluje — mruknęła.

Spróbowała wrócić do czytania, jednak potrafiła się skupić.
Minęła godzina, następnie druga, Syrli nadal nie było. Niepokój zaczął ściskać ją w żołądku.
Abeja znalazła ją spacerującą nerwowo po tarasie.
— Coś się stało?
— Nie mogę znaleźć Syrli.
— Wróci, pewnie jeszcze poluje.
— Zawsze wraca wcześniej.
Abeja spojrzała na przyjaciółkę uważnie. Znała ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, kiedy naprawdę się martwi.
— Chodź. Poszukamy jej.
Przez kilka godzin przeczesywały las. Wołały, nasłuchiwały. Zaglądały między skały i do dziupli starych drzew. Nigdzie jednak nie znalazły sowy. Im dłużej trwały poszukiwania, tym bardziej milczała Lioriel.
Abeja widziała, jak bardzo jest zdenerwowana.
— Syrla jest mądra.
— Wiem.
— Poradzi sobie.
— Wiem.
Ale nie brzmiało to przekonująco.
Tymczasem Earyn patrolował północną część lasu.
Las wydawał się spokojny. Nagle usłyszał ciche pohukiwanie. Bardzo słabe, zatrzymał się i nasłuchiwał. Pohukiwanie powtórzyło się.
Strażnik ruszył w tamtą stronę.
Kilka minut później znalazł Syrlę. Siedziała pod przewróconym pniem. Jedno skrzydło trzymała dziwnie opuszczone. Kiedy go zobaczyła, pohukała żałośnie.
— No proszę.
Earyn przykucnął.
— Co ty tutaj robisz mała?

Sowa spojrzała na niego tak obrażonym wzrokiem, że prawie się uśmiechnął. Ostrożnie wziął ją na ręce. Syrla nawet nie próbowała protestować.
Lioriel i Abeja wracały właśnie do domu, kiedy na ścieżce pojawił się Earyn.
Elfka zobaczyła sówkę od razu.
— Syrla!
Pobiegła do nich.
Sowa natychmiast wyciągnęła do niej głowę. Lioriel przytuliła ją ostrożnie.
— Tak się martwiłam...
Syrla cicho zahukała.
— Jest ranna — powiedział Earyn.
— Co jej jest?
— Chyba zwichnęła skrzydło.
Uśmiech zniknął z twarzy Lioriel.
— Musimy znaleźć doktora Ambrożego.
Doktor Ambroży mieszkał niedaleko. Poszli do niego w trójkę. Powitał ich z uśmiechem i zaczął badanie.
— Pokażcie pacjentkę.
Syrla natychmiast schowała głowę pod skrzydło.
— O nie — westchnął Ambroży. — Trafił mi się trudny przypadek.
Abeja parsknęła śmiechem. Lioriel nie śmiała się ani trochę. Przez cały czas obserwowała każdy ruch lekarza.
Ambroży obejrzał skrzydło. Potem pokiwał głową.
— Nic groźnego.

Lioriel odetchnęła.
— Naprawdę?
— Zwichnięcie. Kilka dni odpoczynku i będzie latać jak wcześniej.
— Na pewno?
— Młoda damo, jestem lekarzem od czterdziestu lat.
— Czyli na pewno?
— Na pewno.
Przez następne dni Syrla była rozpieszczana bardziej niż kiedykolwiek.
Lioriel przynosiła jej ulubione smakołyki.
Abeja przygotowała miękkie posłanie.
Hubert twierdził, że sowa specjalnie udaje bardziej chorą, żeby dostawać więcej przysmaków.

— To bardzo poważne oskarżenie — powiedział Earyn.
— Spójrz na nią. Wygląda na podejrzanie zadowoloną.
Syrla zahukała z oburzeniem.
Kilka dni później wszyscy stali przed domem na dębie.
Syrla siedziała na poręczy. Poruszyła skrzydłem. Potem drugim. Rozłożyła je szeroko.
I wzbiła się w powietrze.
Lioriel obserwowała ją, dopóki nie zniknęła nad koronami drzew. Dopiero wtedy się uśmiechnęła.
— Wróci — powiedziała Abeja.
— Wiem.
Kilka sekund później Syrla zatoczyła koło nad domem i usiadła Lioriel na ramieniu.
Jakby chciała upewnić ją, że nigdzie się nie wybiera.
— No dobrze — zaśmiała się elfka. — Ja też się cieszę, że wszystko jest już dobrze.
Zawsze gdy były razem wszystko było w porządku.
Elfka odłożyła książkę. Spojrzała na niebo. Potem na las.
— Pewnie poluje — mruknęła.

Spróbowała wrócić do czytania, jednak potrafiła się skupić.
Minęła godzina, następnie druga, Syrli nadal nie było. Niepokój zaczął ściskać ją w żołądku.
Abeja znalazła ją spacerującą nerwowo po tarasie.
— Coś się stało?
— Nie mogę znaleźć Syrli.
— Wróci, pewnie jeszcze poluje.
— Zawsze wraca wcześniej.
Abeja spojrzała na przyjaciółkę uważnie. Znała ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, kiedy naprawdę się martwi.
— Chodź. Poszukamy jej.
Przez kilka godzin przeczesywały las. Wołały, nasłuchiwały. Zaglądały między skały i do dziupli starych drzew. Nigdzie jednak nie znalazły sowy. Im dłużej trwały poszukiwania, tym bardziej milczała Lioriel.
Abeja widziała, jak bardzo jest zdenerwowana.
— Syrla jest mądra.
— Wiem.
— Poradzi sobie.
— Wiem.
Ale nie brzmiało to przekonująco.
Tymczasem Earyn patrolował północną część lasu.
Las wydawał się spokojny. Nagle usłyszał ciche pohukiwanie. Bardzo słabe, zatrzymał się i nasłuchiwał. Pohukiwanie powtórzyło się.
Strażnik ruszył w tamtą stronę.
Kilka minut później znalazł Syrlę. Siedziała pod przewróconym pniem. Jedno skrzydło trzymała dziwnie opuszczone. Kiedy go zobaczyła, pohukała żałośnie.
— No proszę.
Earyn przykucnął.
— Co ty tutaj robisz mała?

Sowa spojrzała na niego tak obrażonym wzrokiem, że prawie się uśmiechnął. Ostrożnie wziął ją na ręce. Syrla nawet nie próbowała protestować.
Lioriel i Abeja wracały właśnie do domu, kiedy na ścieżce pojawił się Earyn.
Elfka zobaczyła sówkę od razu.
— Syrla!
Pobiegła do nich.
Sowa natychmiast wyciągnęła do niej głowę. Lioriel przytuliła ją ostrożnie.
— Tak się martwiłam...
Syrla cicho zahukała.
— Jest ranna — powiedział Earyn.
— Co jej jest?
— Chyba zwichnęła skrzydło.
Uśmiech zniknął z twarzy Lioriel.
— Musimy znaleźć doktora Ambrożego.
Doktor Ambroży mieszkał niedaleko. Poszli do niego w trójkę. Powitał ich z uśmiechem i zaczął badanie.
— Pokażcie pacjentkę.
Syrla natychmiast schowała głowę pod skrzydło.
— O nie — westchnął Ambroży. — Trafił mi się trudny przypadek.
Abeja parsknęła śmiechem. Lioriel nie śmiała się ani trochę. Przez cały czas obserwowała każdy ruch lekarza.
Ambroży obejrzał skrzydło. Potem pokiwał głową.
— Nic groźnego.

Lioriel odetchnęła.
— Naprawdę?
— Zwichnięcie. Kilka dni odpoczynku i będzie latać jak wcześniej.
— Na pewno?
— Młoda damo, jestem lekarzem od czterdziestu lat.
— Czyli na pewno?
— Na pewno.
Przez następne dni Syrla była rozpieszczana bardziej niż kiedykolwiek.
Lioriel przynosiła jej ulubione smakołyki.
Abeja przygotowała miękkie posłanie.
Hubert twierdził, że sowa specjalnie udaje bardziej chorą, żeby dostawać więcej przysmaków.

— To bardzo poważne oskarżenie — powiedział Earyn.
— Spójrz na nią. Wygląda na podejrzanie zadowoloną.
Syrla zahukała z oburzeniem.
Kilka dni później wszyscy stali przed domem na dębie.
Syrla siedziała na poręczy. Poruszyła skrzydłem. Potem drugim. Rozłożyła je szeroko.
I wzbiła się w powietrze.
Lioriel obserwowała ją, dopóki nie zniknęła nad koronami drzew. Dopiero wtedy się uśmiechnęła.
— Wróci — powiedziała Abeja.
— Wiem.
Kilka sekund później Syrla zatoczyła koło nad domem i usiadła Lioriel na ramieniu.
Jakby chciała upewnić ją, że nigdzie się nie wybiera.
— No dobrze — zaśmiała się elfka. — Ja też się cieszę, że wszystko jest już dobrze.
Zawsze gdy były razem wszystko było w porządku.
0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️