Góra Śpiewających Wiatrów

Gdy nad Górą Śpiewających Wiatrów niebo przybrało barwę głębokiego aksamitu, a pierwsze gwiazdy zaczęły migotać niczym szafirowe drobinki, Idril i Aarien wyruszyli na nocną wędrówkę przez przełęcz. Letnie przesilenie było czasem, kiedy granica między ziemią a magią stawała się cienka jak pajęczyna. 

Aarien uważnie wsłuchiwał się w nocną ciszę. Idril szła tuż obok, trzymając w dłoniach mały, pusty flakonik z ciemnego szkła.

– Spójrz, Aarienie – szepnęła nagle dziewczyna, zatrzymując się na skraju polany, gdzie mech rósł tak gęsto, że tłumił każdy odgłos kroków. – Już się zaczęło.
Na środku polany, pośród dzikich paproci i białych kwiatów cykorii, unosiły się setki małych, pulsujących punktów. Nie były to jednak zwykłe robaczki świętojańskie. Zjawisko to nazywano Księżycowymi Prządkami. Były to maleńkie, świetliste duszki, które raz w roku schodziły z gwiezdnych przełęczy, by prząść ze srebrnego blasku księżyca delikatne, lśniące nici i rozwieszać je na gałęziach borówek.
Miejsca dotknięte tymi nićmi pachniały o poranku najczystszą, leśną esencją, a zebrana z nich rosa miała moc leczenia najbardziej upartych przeziębień.
Aarien z podziwem patrzył, jak jedna z Prządek usiadła na krawędzi jego wełnianego płaszcza, zostawiając na materiale cieniutki, srebrzysty ślad, który jarzył się miękkim, błękitnym światłem.
– To niesamowite – mruknął Strażnik, a w jego oczach odbił się blask tysiąca mikroskopijnych gwiazd. – Znam każdą ścieżkę w tym borze, a co roku potrafisz pokazać mi coś, co zapiera dech w piersiach.
Idril uśmiechnęła się ciepło, podchodząc bliżej rozłożystej paproci. Ostrożnie, by nie spłoszyć małych tkaczy, otworzyła flakonik. Delikatnym, czarodziejskim ruchem dłoni zaczęła chwytać w powietrzu drobinki lśniącego pyłku, który opadał z gwiezdnych nici. Pyłek wewnątrz szkła zaczął wirować, rozświetlając flakonik blaskiem, który rozproszył mrok wokół zakochanych.
– To na zimowe wieczory, gdy słońce zbyt wcześnie ucieka za horyzont – powiedziała cicho Idril, zamykając flakonik korkiem i opierając głowę o ramię Aariena. – Odrobina tego światła w kuchni sprawi, że nawet w styczniu będziemy czuć zapach czerwcowej nocy.
Aarien objął ją ramieniem, a nocny wiatr zaszumiał miękko w koronach świerków, jakby bór błogosławił ich obecność. Siedzieli tak na mszystym urwisku aż do świtu, otoczeni tańcem świetlistych istot, wiedząc, że dopóki w ich sercach płonie ta sama czysta miłość, żadna ciemność świata zewnętrznego nie ma wstępu do ich królestwa.

Prześlij komentarz

0 Komentarze