Kiedy drzewa miały głos

Gdy nad Lasem z Mchu i Paproci rozpostarł się granatowy, czerwcowy wieczór, stary mędrzec Thalendir rozpalił małe ognisko na polanie pod Prastarym Dębem. 

Płomienie tańczyły cicho, rzucając długie cienie na pnie drzew i rozświetlając srebrzystą, sięgającą pasa brodę starca. Na grubym korzeniu, tuż obok ognia, usiadł młody Zefir. Zazwyczaj zadziorny, rozgadany i skory do psot, tego wieczoru chłopak milczał, zafascynowany magią iskier uciekających ku gwiazdom.

Thalendir dorzucił do ognia garść suszonej lawendy. Powietrze natychmiast wypełniło się kojącym, słodkim zapachem.
– Zefirze – odezwał się mędrzec, a jego głos był niski i ciepły jak szum letniego wiatru. – Patrzysz na ten las i widzisz milczących świadków. Ale czy wiesz, że nie zawsze tak było? Kiedy byłem w twoim wieku, to miejsce brzmiało zupełnie inaczej.
Młody elf uniósł wzrok, a w jego oczach odbił się blask płomieni.
– To znaczy, jak, Thalendirze?
– Drzewa miały wtedy głos – uśmiechnął się sędziwy mędrzec, gładząc dłońmi swoją sękatą laskę. – Rozmawiały z nami naszą mową. Prastary Dąb, pod którym siedzimy, był największym gawędziarzem w całym borze. Opowiadał tak piękne i długie historie o początkach świata, że ptaki zapominały odlatywać do ciepłych krajów, a sarny siadały na mchu tuż obok elfów, byle tylko nie uronić ani jednego słowa.
Zefir rozejrzał się wokół, patrząc na potężny, ciemny pień nad ich głowami.
– I co się stało? Dlaczego teraz milczą? Czy zamilkły, bo stały się smutne? – zapytał chłopak, a jego głos stracił całą dawną zadziorność.
– Nie, mój drogi – odparł łagodnie Thalendir. – One nie zamilkły ze smutku, lecz z głębokiej mądrości. Widzisz, z biegiem stuleci świat stał się bardzo głośny. Ludzie i młode elfy zaczęli mówić za dużo, za szybko i coraz rzadziej słuchali siebie nawzajem. Drzewa zrozumiały, że słowa potrafią czasem stracić swoją moc, gdy jest ich na świecie zbyt wiele. Postanowiły więc podarować nam coś cenniejszego. Podarowały nam swoją ciszę.
Starzec zamilkł na chwilę, pozwalając, by w leśnej gęstwinie słychać było jedynie cichy trzask płonącego drewna.
– Przestały mówić naszym językiem, ale nie przestały z nami rozmawiać – kontynuował mędrzec, kładąc dłoń na ramieniu młodego elfa. – Teraz rozmawiają szeptem liści, skrzypieniem kory na wietrze i zapachem żywicy po deszczu. Kto potrafi usiąść w ciszy, tak jak my dzisiaj, ten wciąż usłyszy ich głos. One uczą nas, że najpiękniejsze opowieści rodzą się wtedy, gdy na chwilę pozwolimy umilknąć własnym ustom.
Zefir skinął głową i oparł się plecami o chropowaty, ciepły pień dębu. Zamknął oczy. W tym samym momencie nad ich głowami przesunął się łagodny, nocny wiatr, a liście dębu zaszumiały miękko, jakby stary olbrzym dziękował mędrcowi za to, że jego dawna tajemnica została tak pięknie opowiedziana.

Prześlij komentarz

0 Komentarze