Kim jest Hubert?

Ciepłe popołudniowe słońce leniwie rozlewało się po drewnianym tarasie domku przy Złotej Pasiece. Powietrze pachniało słodko kwitnącym jaśminem, nektarem i młodą, parującą trawą. Słońce, niczym wielki złoty krążek, stało wysoko pod wyrazistym, cudownie niebieskim niebem, po którym leniwie płynęły puszyste, białe obłoki.

Młody krasnal Hubert siedział na drewnianej ławie, raz po raz prostując zranioną nogę. Dzięki maści z melisy od doktora Ambrożego kostka była już prawie całkowicie zagojona i zdrowa. 
Chłopak nie patrzył jednak na swoje stopy. Jego miedzianobrązowe loki opadały nisko, gdy z wielkim przejęciem opowiadał Abeji o tym błysku pamięci, który uderzył w niego poprzedniego wieczoru.
– Ten dym wciąż stoi mi w gardle, Abejo – mówił cicho Hubert, a jego piegowata twarz lekko drżała z emocji. – Pamiętam trzask pękających belek i ten potworny ryk płomieni... Miałem warsztat. Szyłem buty, garbowałem skóry, rzemiosło to było całe moje życie. I wszystko spłonęło w jedną noc. Zostałem z zupełną pustką w kieszeni i w głowie.
Abeja siedziała obok, oparta plecami o drewnianą barierkę tarasu. Słuchała go w absolutnym skupieniu, pozwalając mu wyrzucić z siebie cały ten ogromny ciężar. 
Kiedy Hubert umilkł, ukrywając twarz w spracowanych dłoniach, elfka przysunęła się bliżej. Jej bose stopy cicho stąpały po nagrzanych deskach.
Uklękła przy nim i położyła dłoń na jego drżącym ramieniu, mocno je ściskając. 
– Popatrz na mnie, Hubercie – szepnęła miękko Abeja, mrugając wesoło swoimi bystrymi oczami. – Ogień zabrał drewniane ściany i stare kopyta szewskie, ale nie zabrał tego, co masz najważniejszego. Twoje dłonie wciąż pamiętają co robić, a serce pamięta pasję. Jesteś bezpieczny. Warsztat można odbudować, a pod naszym dębowym niebem nikt nie zostaje sam.
Hubert uniósł głowę, spojrzał w jej ciepłą, piegowatą twarz i poczuł, jak ta gigantyczna, wewnętrzna wyrwa w jego duszy nagle całkowicie znika, ustępując miejsca głębokiej bliskości. Na jego ustach po raz pierwszy pojawił się szczery, wesoły uśmiech.
Abeja nagle zamarła, a jej oczy rozbłysły niesamowitym, łobuzerskim natchnieniem. Klepnęła się dłonią w czoło, aż uroczo przekrzywiła jej się ruda czupryna.
– No jasne! Hubercie, ty jesteś szewcem! – zawołała uradowana, a jej głośny, zaraźliwy śmiech spłoszył dwie pszczoły z pobliskiego krzaka bzu. – Przecież to jest genialny znak od losu! Skoro nie pamiętasz drogi powrotnej, musisz zostać u nas w Lesie z Mchu i Paproci na stałe!
Hubert zamrugał powoli powiekami, zupełnie zaskoczony.
– Na stałe? Ale ja nie mam nawet jednego szydła...
– Narzędzia się znajdą, a dębów na nowe kopyta u nas pod dostatkiem! – odparła z zachwytem elfka, wstając i machając wesoło rękami. – Pomyśl tylko: krasnal Hubert, Główny Szewc Boru! Przecież Sylwion od roku narzeka, że jego welurowe trzewiki mają przetartą podeszwę, mały Tuk chodzi boso, a krawcowa Erika aż pali się, żeby połączyć siły z kimś, kto zna się na skórze! Urządzimy ci wspaniałą, nową pracownię. Będziesz szył najpiękniejsze buty dla całego lasu!
Młody krasnal popatrzył na swoje twarde dłonie, potem na skaczącą z radości przyjaciółkę i poczuł, że ta pustka w jego sercu ...znika.  Pod dębowym niebem boru majowe popołudnie płynęło swoim najsłodszym, niespiesznym rytmem, wolnym od wszelkiego zgiełku świata, pisząc wesoły i pełen dobra początek nowej, wielkiej przygody.

Prześlij komentarz

0 Komentarze