Legenda o splecionym uścisku

Upalny dzień powoli ustępował przed wieczornym, długim cieniem, ale powietrze wciąż było gęste i parne. 

Sylwion od dłuższego czasu milczał. Krzątał się po ganku, aż w końcu podszedł do Etty, która wycierała gliniane miski po chłodniku, i delikatnie ujął jej ciepłą dłoń.

– Chodź ze mną, Etto – powiedział cicho, a w jego głosie nie było śladu zwykłego, zawadiackiego tonu – Chcę Ci coś pokazać. 
Etta spojrzała na niego z zaskoczeniem, ale bez słowa odłożyła lnianą ściereczkę. Ruszyli wąską, ledwo widoczną ścieżką w stronę Głębokiego Jaru. Im dalej szli, tym las stawał się gęstszy, a ziemia pod ich stopami – chłodniejsza, pokryta grubym, wilgotnym dywanem szmaragdowego mchu. 
Po kilkunastu minutach marszu Sylwion zatrzymał się na małej, ukrytej polanie. Przed nimi rosły dwa drzewa – potężna, ciemna sosna i smukła, nieskazitelnie biała brzoza. Od samej ziemi splatały się ze sobą w gęstym, mocnym uścisku, tworząc niesamowity kontrast jasnej i ciemnej kory. Wyżej, wśród koron, igliwie sosny przenikało się tak mocno z delikatnymi liśćmi brzozy, że drzewa zdawały się dzielić jedno wspólne zielone serce.
– Dziadek opowiadał mi o takich drzewach, gdy byłem jeszcze małym skrzatem – szepnął Sylwion, nie puszczając dłoni żony. – To Legenda o Splecionym Uścisku. Mówi się, że kilkaset lat temu wyrosły z dwóch nasion, które wiatr rzucił zbyt blisko siebie. Na początku walczyły o światło i wodę, raniąc się nawzajem korzeniami. Ale zamiast pozwolić, by jedno zniszczyło drugie, postanowiły się spleść. Przetrwały tak każdą potężną wichurę, każdy srogi mróz i każdą letnią suszę. Bo gdy sosna słabła, brzoza podtrzymywała ją swoimi elastycznymi gałęziami. A gdy brzoza uginała się pod ciężarem śniegu, sztywny pień sosny stawał się jej oparciem.
Etta podeszła bliżej i położyła dłoń na chropowatej, sosnowej korze, a drugą oparła o gładki, chłodny pień brzozy. Spojrzała na męża, a w jej mądrych oczach odbiło się całe ich wspólne życie.
– Rozmawiamy o ważnych sprawach, Sylwionie – odezwała się cicho, z uśmiechem pełnym zrozumienia. – Przecież wiem, dlaczego mnie tu przyprowadziłeś. Widzę, jak martwisz się tym, czy w naszym lesie zawsze wystarczy nam sił, by dbać o wszystkich wędrowców, o małe elfy i leśne zwierzęta. Boisz się, czy nasza cicha przystań udźwignie troski całego boru.
Sylwion westchnął ciężko i oparł się o sękaty pień.
– Czasem czuję ogromne zmęczenie, Etto. Boję się, że kiedyś zabraknie nam tej wewnętrznej pogody ducha.
– Spójrz na te drzewa, mój kochany – Etta podeszła bliżej i przytuliła się do jego ramienia, dokładnie tak, jak robili to przez ostatnie sto lat. – One nie przetrwały dlatego, że bór wokół nich był zawsze idealny i spokojny. Przetrwały, bo trzymały się siebie w najgorsze burze. Ale nie jesteśmy tu sami, Sylwionie. Los tej krainy nie spoczywa wyłącznie na naszych barkach. Zobacz, jak głęboko pod mchem korzenie tej sosny i brzozy łączą się z korzeniami innych drzew w całym lesie. Tak samo jest z nami.
Etta uśmiechnęła się ciepło, gładząc go po ramieniu.
– Kiedy nam zabraknie sił, Earyn zawsze przyniesie drwa do naszej kuchni, Idril podzieli się magią ziół, a mały Tuk rozweseli nas swoimi opowieściami. Przestań się zamartwiać. Dopóki ty i ja potrafimy usiąść razem na tym mchu, a w sercach mamy dla siebie i dla całego lasu ten sam uścisk – nasza kraina jest bezpieczna. Bór potrafi sam o siebie zadbać, bo wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną. 
Sylwion uśmiechnął się,  i pocałował Ettę w siwiejące skronie. I stali tak razem pod splecionymi drzewami, słuchając, jak wieczorny wiatr powoli budzi liście i igły do życia, przynosząc upragniony, leśny chłód.

Prześlij komentarz

0 Komentarze