Melodia silniejsza niż mrok

Zegar na wieży Domu pod Wiązami wybił północ, a echo tego dźwięku poniosło się po całym Lesie z Mchu i Paproci. Na dachu chatki czarownicy rozbłysnął gwieździsty, srebrzysty kwiat. 
Earyn, wykazując się niezwykłą zręcznością, wdrapał się na górę, ostrożnie zerwał roślinę  i natychmiast podał ją Idril. 
Dziewczyna wycisnęła kroplę soku z żywego Srebrzystego Szeptuna wprost na cięciwę prastarego łuku Aariena. W tym samym momencie roślina wydała z siebie wysoki, dzwoniący dźwięk, a powietrze przed nimi rozdarło się, tworząc wielki, lśniący szafirowo wir.
Przez szafirową bramę Idril zobaczyła obcy, przerażający świat. Widziała wysokie, szare budynki, pędzące metalowe potwory i tłumy ludzi, którzy biegli przed siebie w wiecznym pośpiechu i chaosie. Pośrodku tego zgiełku, na betonowym chodniku, stał Aarien. Jego strój był zakurzony, jego dłonie były puste, a w jego bursztynowych oczach malowało się głębokie zagubienie i strach. Ludzkie bodźce paraliżowały jego zmysły. Zaczynał zapominać, kim jest.
– Brama zaraz się zamknie! – krzyknął Earyn, ledwo utrzymując Rumbasa, którego przerażał hałas dobiegający z portalu.
Idril wiedziała, co musi zrobić. Nie użyła magii czarownicy, nie szukała skomplikowanych zaklęć. Zamknęła oczy, przypomniała sobie poranek w swojej chatce i zaczęła śpiewać tę samą melodię, którą nuciła, gdy plotła warkocz, czekając na jego powrót z patrolu. Prostą, czystą pieśń o miłości, wolną od pośpiechu świata.
A potem zawołała ze wszystkich sił, wkładając w to jedno słowo całe swoje serce.
– Aarien! 
W ludzkim świecie, pośród ryku silników, Strażnik nagle zamarł. Dźwięk jej głosu i melodia boru przebiły się przez najgłębszy hałas. W jego oczach znowu pojawił się blask. Otrząsnął się, zobaczył szafirowy wir i bez wahania skoczył przed siebie, prosto w stronę zielonego mchu.
Portal zamknął się z głośnym trzaskiem, rozpadając się w nieszkodliwe iskierki.
Aarien upadł na miękkie paprocie, ciężko dysząc. W ułamku sekundy Idril była przy nim, zamykając go w najmocniejszym uścisku. Strażnik wtulił się w nią, wdychając zapach leśnych ziół, który tak dobrze pamiętał.
– Słyszałem cię... – wyszeptał chrapliwie Aarien – Twój głos wyrwał mnie z mroku. Jestem w domu.
Doktor Ambroży natychmiast dopadł do Strażnika, bezceremonialnie sprawdzając mu puls i zaglądając w oczy, choć co chwilę pociągał nosem ze wzruszenia. 
Earyn uśmiechnął się blado, co u niego było rzadkością, a Rumbas z radości zaczął kręcić się wokół własnego ogona. 
Czarna magia została pokonana nie siłą oręża, ale potęgą miłości i mądrością prababki Paoliny, która została zapisana na pożółkłych kartkach starego zielnika.

Prześlij komentarz

0 Komentarze