Noc wielkiej wody

Nad starymi szczytami od trzech dni wisiały chmury czarne jak kowadła. Deszcz nie ustawał ani na moment, biczując bezlitośnie granity i spływając po stromych zboczach rwącymi potokami. Hektor patrzył w dół doliny, gdzie pośród paproci tuliły się bezpieczne dotąd siedliska elfów i małe norki leśnych zwierząt. Olbrzym czuł pod stopami, jak ziemia nasiąka wodą niczym stara gąbka.

Wiedział, że nadchodzi katastrofa. Górskie stawy położone najwyżej były już pełne, a spieniona, brunatna rzeka zaczynała groźnie ryczeć, niosąc ze sobą połamane gałęzie.
Gdy nastała noc, rzeka wystąpiła z brzegów. Potężna fala powodziowa ruszyła prosto na bezbronną dolinę.
Hektor nie czekał. Ruszył w dół zbocza, a każdy jego krok dudnił w ciemnościach niczym uderzenie pioruna. Nie budził nikogo. Samotność była jego siłą, a potęga ramion jedynym narzędziem. Gdy dotarł do zwężenia skalnego wąwozu – tuż nad leśnymi domostwami – wszedł prosto w ryczący nurt. Woda sięgała mu do kolan, szarpiąc za jego grubą, wełnianą szatę, ale olbrzym stał niewzruszony niczym odłamana skała.
Zaczął działać. Jego wielkie, silne dłonie z niesamowitą prędkością wyrywały z podłoża potężne głazy i pnie powalonych świerków. Hektor ciskał je w poprzek rwącego nurtu, układając ogromną tamę. Pracował w milczeniu, smagany lodowatym deszczem, słysząc jedynie huk wody i własny, ciężki oddech.
Gdy główny nurt uderzył w nowo wzniesioną zaporę, spiętrzył się gwałtownie, szukając ujścia. Hektor przewidział to. Swoimi potężnymi stopami i wielkim, kamiennym drągiem zaczął przekopywać nowe koryto w bocznej, kamienistej rozpadlinie. Zwalił jeszcze jedną, gigantyczną kłodę, ostatecznie zamykając rozszalałej wodzie drogę.
Ta, zmuszona siłą olbrzyma, skręciła. Rycząc wściekle runęła bokiem, omijając szerokim łukiem siedliska i śpiące w ukryciu zwierzęta. Potop spłynął kamiennym wąwozem prosto do odległego jeziora.
Gdy rano nad Górami z Mchu i Paproci wstało słońce, deszcz ustał. Mieszkańcy doliny wyszli ze swoich domów, przecierając oczy ze zdumienia. Ścieżki były suche, a norki nienaruszone, choć wokół widać było ślady wielkiej nawałnicy. Jedynym znakiem nocnej walki była potężna, nowa tama z głazów na górze wąwozu i ogromne, głębokie ślady stóp odciśnięte w mchu.
Hektor stał już wtedy wysoko na swoim urwisku, ogrzewając twarz w pierwszych promieniach słońca. Wygładził dłonią mokrą od deszczu brodę i uśmiechnął się pod nosem. Dolina była bezpieczna, a on znowu mógł wrócić do swojej ukochanej, cichej samotności.

Prześlij komentarz

1 Komentarze

Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️