Pierwsze słowo Leo

Czerwcowe słońce od samego rana sypało złotymi iskrami przez okna jadalni Domu pod Wiązami, w której pachniało świeżo upieczonym maślanym chlebem i konfiturami z leśnych truskawek. 

Przy dużym, drewnianym stole siedzieli dumni goście – Elora i Caladmir. Na kolanach taty wiercił się mały Leo. Chłopczyk mocno urósł. Jego bursztynowe oczka błyszczały czystą ciekawością świata, a nad spiczastymi uszkami unosiła się urocza burza złotych, miękkich loków.

Tego ranka Leo miał wyjątkowo doskonały humor. Machał gwałtownie tłuściutkimi nóżkami i raz po raz wydawał z siebie głośne, radosne: „Giiiii!”, „Baaaa!” oraz „A-guuu!”.
– Słyszałeś? – Elora aż odłożyła kubek, patrząc na męża z zachwytem. – On próbuje coś powiedzieć! Caladmirze, na pewno zaraz wypowie swoje pierwsze, prawdziwe słowo.
Caladmir natychmiast odsunął krzesło i nachylił się nad synkiem.
– No dalej, mały rycerzu. Powiedz: „Ta-ta”. Zobacz, jakie to proste: ta-ta – zachęcał z pełną powagą, robiąc przy tym przezabawne miny.
Leo popatrzył na tatę, przechylił główkę w bok, po czym z wielkim zaangażowaniem wsadził całą piąstkę do buzi i wydał z siebie głośne: „Plaaa!”.
W tym samym momencie drzwi ganku uchyliły się i do kuchni dziarskim krokiem wszedł Dziadek Sylwion, niosąc pod pachą świeżo wystruganego z lipy konika. Tuż za nim, nastrojowo szeleszcząc wąsikami, wmaszerował chomik Barnaba, który od razu zaczął skradać się pod stół w poszukiwaniu okruszków.
– Ustąpcie miejsca profesjonalistom – zawołał wesoło Sylwion – Maluch potrzebuje odpowiedniego mentora. No, Leo, spójrz na dziadka. Powiedz: „Dzia-dek”. Dostaniesz w nagrodę najpiękniejszą figurkę w tym borze!
Wszyscy małego Leo, prześcigając się w głośnym powtarzaniu słów: „mama”, „tata”, „dziadek”. 
W jadalni zrobił się taki raban, że mały Leo aż zamarł, przenosząc swoje wielkie, bursztynowe oczka z jednej twarzy na drugą.
W tym samym momencie zza drzwi kuchni wyłoniła się Babcia Etta. Niosła na drewnianej tacy parujące jeszcze, maślane bułeczki pachnące wanilią i letnim sadem.
Leo natychmiast ożywił się na jej widok. Wyciągnął tłuściutkie rączki w stronę ciepłego zapachu, i aż radośnie zafikał nóżkami w zielonym mchu koszyka. 
Po czym na całe gardło, z absolutnym zachwytem, zawołał:
– BA-BA!
Zapadła nagła cisza. Elora i Caladmir zamarli, a Sylwion aż otworzył usta z wrażenia, upuszczając lipowego konika na stół.
– Słyszeliście? On powiedział „baba”! Zawołał Babcię Ettę! – wykrzyknęła ze wzruszeniem Elora.
Etta odstawiła tacę, a jej twarz rozpromieniła się najpiękniejszym, ciepłym blaskiem. Podeszła do koszyka i z najwyższą czułością wzięła malucha na ręce, tuląc jego złote loki.  Leo wtulił nosek w policzek babci, cichutko i z zadowoloniem gaworząc: „baba, ba-ba...”.
– Widzicie? – zaśmiał się wesoło Sylwion, choć w oku zakręciła mu się łza wzruszenia. – Moja matematyka i drewniane zabawki mogą poczekać. Przeciwko zapachowi waniliowych bułeczek Babci Etty żaden strateg w tym lesie nie ma najmniejszych szans!

Prześlij komentarz

0 Komentarze