Poważna mina doktora Ambrożego

Poranek w naszym Lesie zaczął się zupełnie zwyczajnie. Słońce leniwie przedzierało się przez korony starych dębów, a w powietrzu unosił się zapach rześkiej, porannej rosy. Jednak tuż po śniadaniu leśną osadą wstrząsnęła wiadomość, która w ułamku sekundy zepsuła cały spokój.

Doktor Ambroży Pukawka przestał się śmiać.
Zaczęło się od tego, że rano minął norkę chomika Barnaby, nawet nie próbując go nastraszyć udawanym kichnięciem. 
Potem było już tylko gorzej. Gdy krawcowa Erika zawołała go przez otwarte okno swojej pracowni, żeby opowiedzieć mu nowy żart o podziemnych korytarzach kreta Maurycego, Ambroży jedynie poprawił okulary, skinął głową z chłodną rezerwą i poszedł dalej. Jego twarz była sztywna, poważna i pozbawiona choćby cienia uśmiechu.
W ciągu godziny w osadzie wybuchła prawdziwa panika. Mieszkańcy zaczęli gromadzić się na łące, szepcząc z trwogą.
– To koniec – lamentował mały elfik Tuk, chowając się ze strachu w pustej łupinie orzecha włoskiego. – Skoro Ambroży chodzi z taką miną, nad puszczę nadciąga jakaś straszliwa, czarna klęska! Pewnie znowu idzie zło z suchych nizin!
– Albo spleśniały nam wszystkie zapasy malin – dodał przerażony chomik Barnaba, nerwowo obmacując swoje grube policzki.
Dziadek Sylwion i Babcia Etta postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Jako dobre duchy Lasu, uznali, że osada nie przeżyje kolejnego dnia w takiej atmosferze. 
Etta nałożyła na talerz sporą porcję świeżych, pachnących kopytek z masłem, a Sylwion chwycił pod pachę gąsiorek z domową, leśną nalewką ziołową i obaj ruszyli prosto do chatki medyka.
Weszli bez pukania. Ambroży siedział przy dębowym stole, w absolutnej ciszy przeglądając wielką, medyczną księgę. Wyglądał, jakby właśnie decydował o losach całego świata.
– Ambroży, na miłość boską, zjedz coś i powiedz nam prawdę! – zawołała od progu Etta, stawiając talerz na stole. – Co nam grozi? Czy puszcza obumiera? Dlaczego masz taką straszną minę?
Lekarz powoli uniósł głowę. Popatrzył na nich z głęboką, niemal filozoficzną melancholią. Przez dłuższą chwilę milczał, potęgując napięcie, po czym wycedził niezwykle ostrożnie, ledwo ruszając wargami:
– Nic nam nie grozi, Etto. Po prostu wczoraj wieczorem, kiedy ucierałem w moździerzu korzeń dzikiego chrzanu na rwanie w stawach dla Sylwiona, spróbowałem odrobinę, żeby sprawdzić moc naparu. I tak mi ścisnęło szczękę, że jeśli teraz spróbuję się uśmiechnąć lub szerzej otworzyć usta, to pękną mi chyba wszystkie mięśnie na policzkach.
W chatce zapadła sekunda głuchej ciszy, po której dziadek Sylwion wybuchnął tak głośnym śmiechem, że aż zatrzęsły się suszone zioła pod sufitem.
– Chrzan! – ryczał Sylwion, klepiąc się po kolanach. – Wielki doktor padł w walce z korzeniem chrzanu! A cały las myślał, że czarnoksiężnik wraca!
Ambroży spojrzał na niego z dumnym, acz nieruchomym wyrzutem, po czym z najwyższym trudem, milimetr po milimetrze, wsunął między sztywne zęby jedno małe kopytko od Etty. Domowe ciepło i jasny porządek natychmiast wróciły do osady, a wieść o „chrzanowej klęsce” Ambrożego rozniosła się po mchu szybciej niż poranna rosa.

Prześlij komentarz

0 Komentarze