Prawdziwe bogactwo

Gdy nad szczytami Lasu z Mchu i Paproci wzeszło słońce, zalewając dolinę wyrazistym, błękitnym blaskiem, stary mędrzec Thalendir siedział na ganku swojej chatki. Wokół jego stóp, w soczystej, trawiastej zieleni, rozkwitały drobne, błękitne niezapominajki, a poranna rosa na ich płatkach lśniła niczym najczystsze kryształy.

Nagle na ścieżce pojawił się młody Zefir. Chłopak szedł szybko, potargane złote loki opadały mu na czoło, a w jego zielonych oczach malował się głęboki niepokój. W dłoniach trzymał mały, skórzany woreczek, który kurczowo zaciskał.
– Thalendirze! – zawołał od progu młody elf, a jego głos drżał z przejęcia. – Przemierzyłem całą Białą Przełęcz i znalazłem coś niezwykłego. Spójrz!
Zefir rozwiązał rzemień i wysypał na drewniany stół garść dziwnych, metalicznych kamieni. Lśniły zimnym, sztucznym blaskiem, odbijając promienie słońca. Były to okruchy złota.
– Są tak cudownie lśniące – mówił z zachwytem chłopak. – Czuję, że kto ma te kamienie, ten ma władzę nad czasem i nie musi się już o nic martwić. Chcę zebrać ich więcej!
Thalendir popatrzył na błyszczący metal z głębokim, smutnym spokojem. Przejechał dłonią po swojej długiej, srebrzystej brodzie, a potem uniósł wzrok na młodego elfa.
– Zefirze – odezwał się starzec, a jego głos brzmiał jak cichy szum prastarych świerków. – Przyniosłeś do naszego Boru coś, co ludzie na nizinach nazywają bogactwem. Ale usiądź na chwilę i posłuchaj opowieści o prawdziwym skarbie, który człowiek dostrzega dopiero wtedy, gdy staje się on tylko wspomnieniem.
Młody elf, choć niecierpliwy, usiadł na drewnianej ławie.
– Dawno temu, za moich młodzieńczych lat – zaczął Thalendir – żył w tym lesie elf, który tak jak ty zachwycił się zimnym blaskiem tych kamieni. Przestał chodzić nad strumień, by słuchać mruczenia wody, przestał odwiedzać swoją babcię, by cieszyć się zapachem jej maślanych bułeczek, i zapomniał, jak brzmi pieśń Perłowego Ptaka. Całe dnie spędzał na liczeniu swoich metalowych okruchów, zamykając się w chłodnej, ciemnej jaskini. Myślał, że zabezpiecza swoją przyszłość.
Starzec zamilkł na chwilę, pozwalając, by w leśnej gęstwinie słychać było jedynie czysty śpiew skowronka.
– Po wielu, wielu latach nad Bór nadciągnęła wielka, mroźna zima – kontynuował mędrzec. – Jaskinia elfa zamarzła, a on sam zaczął drżeć z zimna i umierać z głodu. Wyciągnął wtedy swoje złote kamienie i próbował je zjeść, ale były twarde i bez smaku. Próbował się nimi okryć, ale były lodowate i sztywne. Chciał z nimi porozmawiać, by odegnać samotność, ale one potrafiły jedynie milczeć. Wtedy zrozumiał najstraszniejszą prawdę. Oddał całe swoje życie, cały swój czas i całą swoją uwagę rzeczom, które w godzinie próby nie potrafiły dać mu ani jednej kropli ciepła.
Zefir spojrzał na rozsypane na stole kamienie, a ich blask nagle wydał mu się obcy i zimny.
– I co się z nim stało, Thalendirze?
– Uratował go Hektor – uśmiechnął się łagodnie starzec. – Wielki olbrzym przyniósł go na swoich potężnych ramionach do chatki Etty i Sylwiona, kiedy byli jeszcze młodzi. Tam, przy ciepłym, kaflowym piecu, gdy pił gorący napar z miodu i lipy, a Etta otulała go wełnianym kocem, zapłakał. Zrozumiał, że prawdziwym bogactwem jest to, co dostajemy za darmo, a czego nie da się kupić za żadne złoto świata: bezpieczny dach nad głową, zapach lasu po deszczu, czas podarowany przyjacielowi i bezinteresowna miłość, która na nas czeka.
Mędrzec wyciągnął dłoń, zgarnął metalowe kamienie z powrotem do skórzanego woreczka i podał go chłopakowi.
– Ludzie na nizinach budują wielkie zamki z betonu i liczą papierowe pieniądze, ale umierają z tęsknoty za zwykłym, ciepłym dotykiem i chwilą ciszy. Nie bądź jak oni, Zefirze. Nie pozwól, by ten błyszczący pył zasłonił ci piękno wyrazistego, błękitnego nieba i miękkość mchu pod stopami. Prawdziwe skarby nosimy w sercu, a nie w kieszeniach.
Zefir skinął głową w milczeniu. Wstał od stołu, podszedł do skraju ganku i zamaszystym ruchem rzucił skórzany woreczek głęboko w ryczący nurt leśnego strumienia. 
Woda natychmiast porwała zimne kamienie, grzebiąc je na dnie. Chłopak odetchnął głęboko, czując na twarzy ciepłe, miodowe promienie słońca, i uśmiechnął się do siedzącego pod krzakiem Jantara.
Zrozumiał, że ma już wszystko, czego potrzebuje, by być naprawdę szczęśliwym.

Prześlij komentarz

0 Komentarze