Ścieżka bez powrotu

Aarien otworzył oczy w swojej samotnej strażnicy na długo przed pierwszymi ptakami, gdy świat spowity był jeszcze chłodną, błękitną mgłą. Słońce powoli rozświetlało las. Przez długą chwilę leżał bez ruchu na dębowym posłaniu, uśmiechając się do własnych myśli.

Serce biło mu mocniej na samą myśl o nadchodzącym weselu. Już niedługo, po tylu latach samotnych, samotnych wędrówek, miał dzielić każdy poranek i każdy wieczór z ukochaną Idril. 
Zastanawiał się, jak to będzie, gdy zamieszkają w ich wspólnym domu. Będzie w nim jej ciepło i zapach leśnych ziół. Czy cały bór zmieni się w jego oczach, gdy przestanie być tylko miejscem ciągłej służby, a stanie się prawdziwym, rodzinnym domem? Pomyślał o wszystkich latach spędzonych na pilnowaniu granic i uświadomił sobie z całą wyrazistością, że prawdziwym bezpieczeństwem, którego zawsze szukał pod dębowym niebem, była właśnie ona. Chciał, by każda ścieżka, którą do tej pory przemierzał samotnie, prowadziła do niej.
Wstał z posłania, pełen energii. Ubrał wygodny, luźny strój z surowego płótna, wciągnął grube spodnie i wsunął stopy w znoszone skórzane buty, które wiernie służyły mu na każdej strażniczej ścieżce. Na koniec narzucił na ramiona długi płaszcz chroniący przed porannym chłodem. Poprawił kołczan ze strzałami na plecach, ujął w dłoń swój potężny dębowy łuk i wyszedł .
Popołudniowy blask miał przynieść wielkie plany, ale teraz, o świcie, czekał go rutynowy obchód zachodniej rubieży. Spojrzał w stronę doliny, gdzie wśród drzew stała chata Idril, wziął głęboki oddech rześkiego powietrza i ruszył przed siebie.
Szedł wolno, ciesząc się każdą minutą tego samotnego marszu. Krystalicznie białe słońce zaczęło właśnie przebijać się przez gęste korony świerków, a jego blask mienił się w milionach kropel rosy niczym najczystsze szkło. 
Patrząc na ten budzący się świat, Aarien rozmyślał o naturze boru. Zastanawiał się, jak głęboko jego zawód strażnika splata się z rytmem ziemi – z każdym drgnieniem liścia, z każdym szeptem wiatru, który potrafił wyczuć na odległość. Czuł dumę, że to właśnie jemu powierzono opiekę nad tym cudownym, leśnym azylem, wolnym od wszelkiego zgiełku.
Zatrzymał się przy starym drewnianym mostku, klęknął na jedno kolano i z uwagą sprawdził, czy wezbrany Srebrzysty Strumień nie naruszył konstrukcji bali. Wszystko było na swoim miejscu. 
Ruszył dalej wąską, piaszczystą ścieżką, wzdłuż której rozkwitały kępy różowych róż i dzikich dzwonków. Przemknęło mu przez myśl, że zerwie je dla Idril, gdy będzie wracał. 
Przesunął dłonią po szorstkiej korze sędziwego dębu, szukając śladów dzikiego zwierza, i z czułością poprawił jedną z łodyżek polnego maku, która ugięła się pod ciężarem nocy. 
Aarien czuł się absolutnie szczęśliwy, bezpieczny i spokojny, otoczony czystym dobrem boru. Pomyślał, że ten dzień jest idealnym początkiem nowego rozdziału jego życia, wolnego od pośpiechu i hałasu dawnych lat. 
Wszedł głębiej w Las, pomiędzy prastare drzewa, gdzie wysokie pnie tworzyły zielone niebo.  Jeszcze jeden krok, kolejny omszały pień... i nagle zniknął.

Prześlij komentarz

0 Komentarze