Srebrzysty Szeptun

Wyprawa ratunkowa ruszyła bez chwili zwłoki. Na czele szła Idril, niosąc prastary dębowy łuk Aariena. Tuż za nią kroczył surowy Earyn, bacznie obserwując gęstwinę. Młody dziczek Rumbas truchtał przy jego nodze, z nosem przy ziemi. Węszył czujnie, próbując wyczuć obcy, metaliczny zapach magii. Etta i roztrzepany doktor Ambroży Pukawka zamykali pochód. Lekarz co chwilę poprawiał swoją torbę medyczną, z której pobrzękiwały fiolki.

Kroczyli piaszczystą ścieżką w stronę zachodniej rubieży. Słońce stało już wysoko, ale las wokół nich wydawał się dziwnie martwy. Śpiew ptaków ucichł. Nawet wiatr przestał poruszać koronami prastarych świerków.
Gdy dotarli do miejsca zniknięcia Strażnika, Idril gwałtownie się zatrzymała. Przed nimi leżał nienaruszony dywan białych kwiatów. To tutaj ślady butów jej narzeczonego po prostu się urwały. W powietrzu wciąż unosiły się rzadkie, szafirowo-złote drobiny. Mieniły się w słońcu niczym rozbite szkło.
– Szafirowy pył... – wyszeptała Idril. Wyciągnęła z torby zielnik prababki Paoliny i otworzyła go na stronie z błękitnym liściem.
Modraszek Pocieszyciel w notesie znowu zaczął delikatnie drżeć. Z głębi lasu odpowiedziała mu ta sama, cicha melodia letniego strumienia. To nie był jednak dźwięk wody. To był dźwięk instrumentu.
Zza grubego pnia wiekowego dębu wyłoniła się nagle postać w lśniących szatach. Była to Lioriel – Strażniczka Szafirowych Portali. Przy jej ramieniu, na grubej gałęzi, siedziała sówka Syrla, mrugając wielkimi, mądrymi oczami. Lioriel trzymała przy ustach swój brzozowy flet. To ona grała tę pieśń, próbując okiełznać wiszącą w powietrzu anomalię.
– Spóźniliście się, przyjaciele – powiedziała cicho Lioriel, opuszczając flet. Jej głos był pełen powagi. – Czarna magia, która uderzyła w bór, rozerwała tkankę świata. Aarien nie odszedł stąd na własnych nogach. Został wciągnięty przez szafirowy portal, zanim zdążyłam go zablokować.
– Gdzie on jest? Gdzie go zabrała ta brama?! – zawołała z rozpaczą Idril, robiąc krok do przodu.
Lioriel spojrzała w oczy Idril, a potem na stary notes w dłoniach Etty.
– Mój flet potrafi otwierać przejścia w drzewach, ale ten portal został zamknięty od drugiej strony przez potężną siłę. Klucz do jego otwarcia macie w rękach. To dawna, zapomniana magia tego lasu. Zielnik Paoliny.
Ambroży Pukawka natychmiast przepchnął się do przodu, poprawiając okulary.
– A nie mówiłem? To żywa mapa! Srebrzysty Szeptun ogrzewa dłonie i wskazuje kierunek. Karmazynowy Strażnik krzyczy przed niebezpieczeństwem. Musimy znaleźć te rośliny żywe w głębi boru!
– Droga nie będzie łatwa – ostrzegła Lioriel, a sówka Syrla pohukiwała cicho, jakby potwierdzając jej słowa. – Portal rzucił Aariena na samo pogranicze, tam, gdzie światło miesza się z mrokiem. Musicie zebrać soki trzech żywych roślin prababki. Tylko ich połączona moc, wlana w strzałę z tego dębowego łuku, zdoła przebić czarną magię i otworzyć tę bramę na nowo.
Earyn uderzył pięścią w otwartą dłoń, a Rumbas wydał z siebie bojowe fuknięcie.
– Znam zachodnie moczary – mruknął surowy elf. – Jeśli te rośliny gdzieś przetrwały, to tylko tam, w najgłębszym cieniu, gdzie nie dociera wzrok zwykłych śmiertelników.
Idril spojrzała na Ettę, a starsza elfka mocno ścisnęła jej ramiona.
– Idź, dziecko. Ja wrócę do Domu pod Wiązami i przejrzę resztę zapisków Paoliny. Może znajdę przepis na napar, który pomoże wam przetrwać mrok moczarów. Sylwion mi pomoże.
Idril skinęła głową. Strach całkowicie minął, ustępując miejsca czystej miłości i determinacji Spojrzała na Earyna, Lioriel i Ambrożego. Pierwszy krok został zrobiony. Wiedzieli już, czego szukać.
– Ruszamy na moczary – powiedziała twardo Idril. – Po żywego Srebrzystego Szeptuna.

Prześlij komentarz

0 Komentarze