Tkaczka Chmur

Sędziwy Thalendir, popijając napar z dzikiej miętowej koniczyny, spojrzał wysoko w górę, gdzie nad wierzchołkami świerków płynęły idealnie białe, puszyste chmury baranki. Rozgościł się wygodniej na dębowej ławce przed Domem pod Wiązami, uśmiechnął się do własnych myśli i zaczął opowiadać. 

Etta i Sylwion siedzieli przy nim, zasłuchani.  

– Czy wiecie, skąd bierze się ten niespieszny, bezpieczny spokój na naszym niebie? – zapytał cicho, a jego głos idealnie splatał się z szumem pobliskiego Srebrzystego Strumienia. – To zasługa Tkaczki Chmur.
Dawno, bardzo dawno temu, kiedy żyli moi pradziadowie, na najwyższym, skalistym szczycie gór mieszkała tajemnicza, starsza elfka o imieniu Lilia. 
Nikt nie wiedział, skąd przybyła. Miała długie, biało-złote włosy, które mieniły się w słońcu niczym czyste szkło, a jej oczy miały kolor krystalicznego błękitu letniego nieba. Lilia nie znała pośpiechu ani hałasu świata. Całe dnie spędzała na szczycie, trzymając w dłoniach prastary kołowrotek i wrzeciono.
Jej praca była niezwykła, pełna uwagi i miłości do boru. Lilia wstawała każdego poranka na długo przed pierwszymi ptakami. Czekała, aż dolinę spowije chłodna mgła, a potem zbierała zapach różowych róż, krystaliczny puch z dzikich dmuchawców i pierwsze kropelki rosy. 
Nucąc cichą, kojącą melodię, przędła z nich na swoim kołowrotku puszyste, śnieżnobiałe chmury i delikatnie wypuszczała je w powietrze.
Dbała o to, by nad całym prastarym borem nigdy nie pojawił się groźny, czarny zgiełk burzy.
Każda chmura, która wyszła spod jej czułych palców, niosła leśnej rodzinie bezpieczny cień w upalne dni i ożywczą, czystą rosę dla kęp paproci i stokrotek. Czasami, gdy młoda sarna za bardzo oddaliła się od matki, Lilia tkała nad nią gęstszą chmurkę, która rzucała na ziemię łagodny cień i  przesuwając się pokazywała zwierzakowi bezpieczną drogę powrotną do domu. 
Dopóki jej kołowrotek miarowo stukał na szczycie, las spał spokojnie pod bezpiecznym dachem.
Pewnego popołudnia miarowy stukot na szczycie gór nagle ucichł. Lilia odłożyła wrzeciono, wstała z zydla i podeszła do samej krawędzi urwiska. Spojrzała w dół na naszą dolinę, gdzie pośród drzew i paproci toczyło się ciche, bezpieczne życie. 
Z góry widziała dzikie jelenie pijące spokojnie wodę ze Srebrzystego Strumienia, stada ptaków moszczące gniazda w koronach wiekowych dębów i bezpieczny szum wolnego od wszelkiego pośpiechu lasu. 
Wtedy zrozumiała, że jej wielka praca została ukończona – bór w ramiach swoich zielonych granic nauczył się już kochać ten spokój i potrafił sam go bronić.
Od tej pory nikt już nie słyszał miarowego stukotu jej kołowrotka.
Thalendir umilkł i upił łyk naparu. Etta i Sylwion w ciszy patrzyli w górę, a nad Domem pod Wiązami leniwie przesuwał się biały, puszysty obłok.

Prześlij komentarz

0 Komentarze