Popołudnie na poddaszu u Abeji upływało w rytmie niespiesznego, kojącego szumu Srebrzystego Strumienia. Doktor Ambroży już dawno odszedł, zabierając swoją ciężką torbę, a zielona maść z żywicy i melisy przyniosła zranionej nodze Huberta przyjemny, chłodny spokój.
Młody krasnal siedział oparty o miękkie poduszki, patrząc przez skośne okno na tańczące w słońcu pszczoły. Cisza w jego głowie wciąż była ogromna, ale pod wpływem domowego ciepła tej małej izby przestała już tak bardzo paraliżować.
Obok łóżka siedziała Abeja. Dziewczyna nie narzucała się z rozmową. Cierpliwie zaplatała mały warkoczyk z wysuszonych traw, pozwalając chłopakowi oswoić się ze swoją obecnością i otoczeniem.
– Hubercie? – odezwała się w końcu cicho, nie odrywając wzroku od swoich palców. – Ambroży mówił, że twoje dłonie mają bardzo twardą skórę. Zupełnie jak u kogoś, kto od lat pracuje z ogniem albo ciężkim narzędziem. Pamiętasz cokolwiek? Choćby jeden mały błysk?
Hubert spojrzał na swoje dłonie. Obrócił je wewnętrzną stroną do góry. Rzeczywiście, jego opuszki palców i krawędzie dłoni były twarde i spracowane, a na lewym kciuku widniała stara blizna. Jego dłonie nosiły ślady ciężkiej, fizycznej pracy.
Młody krasnal przymrużył miedzianobrązowe oczy, wpatrując się w swoje linie papilarne, i nagle zamarł.
W ułamku sekundy, gdzieś z samego dna tej przerażającej pustki, uderzył w niego gwałtowny obraz. To nie było wspomnienie imienia czy twarzy – to był czysty, zmysłowy bodziec. Hubert poczuł w nosie ostry, duszący i potworny zapach palonej, grubej skóry, połączony z gęstym, czarnym dymem, który gryzł w gardło. Usłyszał echo potężnego, przerażającego ryku płomieni, trzask pękających jodłowych krokwi i głośny, metaliczny huk spadających kowadeł i młotków.
Wszystko działo się w ułamku sekundy. Jego serce zabiło tak mocno, że chłopak gwałtownie złapał się za pierś, szeroko otwierając usta, by złapać rześkie powietrze wpadające przez okno. Jego piegowata twarz w jednej chwili stała się krystalicznie blada.
– Ogień... – wyszeptał Hubert, a jego miedziane loki zatrzęsły się, gdy zaczął drżeć. – Wielki ogień... Moja pracownia... Wszystko spłonęło, Abejo. Wszystko! Iskry leciały aż pod samo niebo...
Abeja natychmiast odłożyła suszone trawy, uklękła przy łóżku na deskach i z uwagą położyła swoją dłoń na jego drżącym ramieniu, sprowadzając go z powrotem do bezpiecznej rzeczywistości.
– Już dobrze, Hubercie. Jesteś bezpieczny. Ogień minął, tutaj jest tylko woda i pszczoły – szepnęła miękko, patrząc w jego przerażone oczy.
Hubert powoli zamknął oczy, a lodowaty ciężar w piersi zaczął ustępować pod wpływem jej ciepłego głosu. Zasłona tajemnicy uniosła się zaledwie o milimetr, odsłaniając tragiczną noc, w której młody krasnal stracił dorobek swojego życia i uciekał w dzikie ostępy przed szalejącym żywiołem. Pamięć jeszcze chroniła go przed resztą prawdy, ale pierwszy ślad został odnaleziony.




0 Komentarze
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️