Wyprawa przez Mglista Przełęcz cz. 3 Znak Drzewca.

Gościnnie Autorka: Danutka Nutka



Earyn stał kilka kroków za Lioriel.

- Będę czekał - powiedział - Nieważne, ile potrwa próba.

Lioriel spojrzała na niego i skinęła głową.

- Czy jesteś gotowa, Strażniczko? - Głos Drzewca zatrząsł całą polaną.

Lioriel wyprostowała się i spojrzała na potężne pradawne drzewo.

- Jestem.

Drzewiec zaszumiał gałęziami.

- Pamiętaj. Nie wszystko jest takie, jakim wydaje się na pierwszy rzut oka.

Zanim Lioriel zdążyła odpowiedzieć i zrobić krok w stronę tunelu ziemia pod jej stopami pękła.


Krzyknęła, świat zawirował. Przez chwilę spadała w wirującej srebrzystej mgle. Potem z impetem wylądowała na miękkim mchu.

Szybko poderwała się na nogi. Znajdowała się pośrodku ogromnego lasu. Nagle rozległ się potężny trzask. Kilka kroków dalej runął stary dąb. Ziemia zadrżała. Potem kolejny i jeszcze jeden.

Lioriel pobiegła między drzewa. Po chwili ujrzała ludzi ścinających las. Topory uderzały o pnie bez litości.

- Przestańcie! - krzyknęła.



Rzuciła się ku nim. Jednak jej ręka przeszła przez jednego z drwali jak przez mgłę.
Nie byli prawdziwi. To była wizja.

W tej samej chwili usłyszała rozpaczliwy pisk. Odwróciła się. Pod ciężkim konarem leżała młoda sarna. Próbowała się uwolnić.

Bez chwili wahania Lioriel rzuciła się na pomoc. Chwyciła gałąź i szarpnęła. Konar ani drgnął. Spróbowała ponownie. Mięśnie zapłonęły bólem. Jeszcze raz i konar przesunął się. Sarna wyskoczyła spod gałęzi i uciekła między drzewa.

Lioriel odetchnęła z ulgą. Nagle poczuła ból tak ostry i głęboki, Jakby ktoś ścisnął jej serce lodowatą dłonią.

Padł kolejny dąb. Ból powrócił jeszcze silniejszy. Każde upadające drzewo sprawiało, że cierpiała coraz bardziej.


- Co się dzieje? - wyszeptała.

Głos Drzewca rozległ się wokół niej.

- Czujesz ból lasu.

Świat rozpadł się na milion kawałków. Lioriel znów spadała. Tym razem wprost w morze ognia.

Wylądowała pośród płonącego lasu. Żar uderzył ją w twarz, gryzący dym zaczynał dusić.
W oddali usłyszała się pisk. Spojrzała w górę. Na wysokiej sośnie znajdowało się gniazdo.
Gałąź już płonęła.

Lioriel zaczęła się wspinać. Kora była gorąca. Dłonie piekły przy każdym ruchu. Płomienie wspinały się coraz wyżej.

Dotarła do gniazda. Trzy przerażone pisklęta tuliły się do siebie. Schowała je pod płaszcz.


Nagle pień zatrzeszczał. Drzewo zaczęło się przewracać.

Lioriel odbiła się od gałęzi. Spadła. Przeturlała się po ziemi. Sekundę później płonąca sosna runęła dokładnie tam, gdzie przed chwilą stała. Serce waliło jej jak oszalałe.
W tej samej chwili poczuła piekący ból na rękach i twarzy. Nie od ognia, to był ból wszystkich stworzeń uciekających przed pożarem.

Po chwili wszystko zniknęło. Ogień, dym, pisklęta, las. Pozostała jedynie mgła.

Kiedy się rozstąpiła, Lioriel stała nad brzegiem szerokiej rzeki.
Była wyczerpana i spragniona. Uklękła przy wodzie. Już miała się napić, gdy zauważyła martwe ryby unoszące się przy brzegu. Czarną pianę, śmieci, brud. W tej samej chwili gardło ścisnął jej potężny ból. Jakby sama wypiła zatrutą wodę. Upadła na kolana.



- Dosyć...
- Jeszcze nie - odpowiedział Drzewiec.

Mgła ponownie się poruszyła.

Tym razem Lioriel znalazła się na wyschniętym wzgórzu.
Przed nią stał czarodziej spowity czarną energią.
Ziemia wokół niego obumierała. Drzewa zamieniały się w martwe kikuty. Kwiaty rozsypywały się w pył.


Lioriel ruszyła naprzód. Z każdym krokiem ból stawał się silniejszy, nogi odmawiały posłuszeństwa, nie mogła oddychać.

W końcu zatrzymała się. Patrzyła na zniszczenie, cierpienie i śmierć.

- Jak można tak postępować? - wyszeptała.

Mgła odpowiedziała kolejnymi obrazami. Więcej pożarów, wycinek, cierpienia. Coraz więcej złych obrazów. W końcu Lioriel opuściła głowę.

- Może wszyscy są tacy sami...


W tej samej chwili świat pociemniał. Powietrze stało się lodowate.


- Czy widzisz całą prawdę, Strażniczko? - zapytał Drzewiec.

Lioriel uniosła wzrok. Zawahała się. Potem rozejrzała wokół.

- Nie...



Mgła rozjaśniła się. Pojawił się nowy obraz. Leśnicy sadzący młode dęby...
Ból w jej piersi osłabł. Kobieta opatrująca skrzydło rannego ptaka... Ból w ramieniu ustąpił. Dzieci sprzątające las. Ludzie gaszący pożary. Opiekunowie schronisk ratujący zwierzęta. Naukowcy chroniący zagrożone gatunki. Druidzi wzmacniający korzenie drzew podczas suszy. Magowie zamykający niebezpieczne portale.


Z każdą wizją wracało ciepło. Wracała nadzieja.

- Nie wszyscy niszczą - powiedziała Lioriel.  
Kolejny obraz rozbłysnął przed nią. - Wielu chroni. Następny. - Wielu kocha las tak samo jak ja.

Mgła zniknęła.

Lioriel ponownie stanęła przed Drzewcem - zmęczona, brudna, obolała. Ale silniejsza niż wcześniej.


- Czego się nauczyłaś? - zapytał pradawny strażnik.

Lioriel spojrzała na jego potężny pień.

- Świat nie jest wyłącznie zły, są ludzie, którzy niszczą, są też tacy, którzy chronią. Magia może leczyć, ale może również ranić. Moim obowiązkiem jest chronić równowagę, a nie tylko osądzać. Chcę zawsze dostrzegać dobro, nawet jeśli to trudne.


Drzewiec zaszumiał z zadowoleniem.

- Przeszłaś próbę, Strażniczko.

Nagle uświadomiła sobie coś niepokojącego.

- Earyn...

Od chwili rozpoczęcia próby ani razu o nim nie pomyślała. A może minęły już godziny?
A może dni? Serce ścisnął jej niepokój.

- Czy on nadal czeka?

Głos Drzewca rozległ się ponad koronami drzew.

- Ten, kto jest ci wierny, nie odchodzi tak łatwo.

Nagle jeden z młodych korzeni wysunął się z ziemi i delikatnie dotknął jej nadgarstka.
Złoto zielone światło rozlało się po skórze. Lioriel poczuła przyjemne ciepło.
Gdy blask zgasł, na jej nadgarstku widniała delikatna bransoleta spleciona z dębowych liści i cienkich gałązek.
Liście poruszały się lekko, jakby były żywe.


- Oto Znak Dębu. Będzie przypominał ci o tej próbie. Pozwoli ci wyczuwać cierpienie lasu. I rozpoznają go wszyscy Strażnicy Starej Puszczy.

Przed Lioriel pojawiły się dwa dary.

Srebrne nasiona i młoda sadzonka dębu o srebrzysto-zielonych liściach.

- Zabierz je do Thalendira. Dopóki będą rosły, las będzie bezpieczny.


Przed pniem Drzewca otworzył się portal utkany ze światła, korzeni i wirujących liści.

Po drugiej stronie Lioriel dostrzegła znajomą polanę. I wysoką sylwetkę Earyna. Serce zabiło jej szybciej.

Ten odwrócił głowę. Przez chwilę patrzył z niedowierzaniem. Potem jego twarz rozjaśniła ulga.

- Lioriel!

Bez wahania ruszył ku portalowi.

- Mówiłam, że wrócę - uśmiechnęła się.

Earyn zatrzymał się przy granicy światła.

Jego wzrok natychmiast spoczął na Znaku Dębu.


- Udało ci się...

Lioriel skinęła głową.

- Tak. Drzewiec uznał mnie za godną.

Pradawne drzewo zaszumiało ponad nimi.

- Niech wasza droga będzie pełna odwagi, mądrości i nadziei.

Oboje skłonili głowy.

- Dziękujemy, Prastary Strażniku.

Lioriel ścisnęła nasiona i sadzonkę. Następnie przeszła przez portal. Earyn dołączył do niej.

Przez chwilę otaczało ich jedynie światło i wirujące liście. Potem znaleźli się po drugiej stronie. Portal powoli zamknął się za ich plecami.

- Wracajmy do domu - powiedział Earyn.

Lioriel spojrzała na znak na swoim nadgarstku. Liście rozbłysły miękkim światłem.

- Tak - odpowiedziała.

I razem ruszyli w stronę domu Thalendira, nie wiedząc jeszcze, że znak Drzewca już wkrótce okaże się bardziej potrzebny, niż mogli przypuszczać.


po 1 część opowieści kliknij TUTAJ
po 2 część opowieści kliknij TUTAJ

Prześlij komentarz

2 Komentarze

  1. "Lecz ludzi dobrej woli jest więcej"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezaprzeczalnie. Piękny i niezwykle ważny cytat, drogi Czytelniku. Właśnie ta wiara trzyma mnie przy pisaniu.

      Usuń

Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿☀️