Złota nitka

Przez okno na poddaszu do pracowni Zofiny wpadały grube snopy miodowego światła. Wokół panował radosny, twórczy nieporządek – na półkach piętrzyły się pękate słoje pełne kolorowych guzików, a pod ścianą cicho szumiało wielkie, drewniane krosno.

Zofina stała właśnie przy swoim stole rzemieślniczym, trzymając w dłoniach absolutny skarb – misternie zwinięty kłębek cieniutkich, złotych nitek wróżek, który rano podarowała jej Erika. Jej twarz tętniła czystym zachwytem, a burza srebrnych, potarganych włosów lśniła w słońcu niczym chmura.
Chciała natychmiast nawlec tę niezwykłą przędzę na czółenko, by wpleść miodowy blask w nowy, letni materiał. I w tym momencie pojawił się kłopot.
Zofina zmrużyła oczy, wyciągnęła rękę i zaczęła palcami wodzić po blacie stołu.
– Ojejku, znowu to samo... – mruknęła pod nosem, potrząsając swoimi długimi, spiczastymi uszami. – Gdzie ja je tym razem odłożyłam?
Jej okrągłe okulary w mosiężnych oprawkach, bez których cały świat zamieniał się w miękką, rozmytą plamę, zapadły się pod ziemię. Bez nich nawleczenie złotej niteczki na mikroskopijne oczko igły graniczyło z cudem.
Zofina zaczęła przeszukiwać pracownię: zajrzała pod wielki zwój zielonego lnu, odsunęła słoik ze skórzanymi guzikami, a nawet sprawdziła w koszyku z suchą lawendą. Okularów nigdzie nie było. 
Nagle w drzwiach pracowni stanął szewc Hubert. Przyszedł przynieść Zofinie kilka skrawków grubej skóry do obszywania krawędzi koców.
– Dzień dobry, Zofino! – zawołał – Co tam tak pilnie tropisz na podłodze? Wyglądasz, jakbyś szukała wyjątkowo rzadkiego chrząszcza.
Zofina wyprostowała się gwałtownie, wciąż trzymając w dłoni złoty kłębek, i uśmiechnęła się do niego szeroko, choć patrzyła odrobinę obok jego nosa.
– Ach, Hubercie, całe szczęście, że jesteś! Moje okulary postanowiły wyruszyć na własną wyprawę przez nasz Las. Bez nich te złote nitki od Eriki prędzej same się zaplotą, niż ja trafię nimi do krosna. Pomożesz starej tkaczce?
Hubert uśmiechnął się łagodnie. Spojrzał na stół, potem na krosno, aż w końcu jego bystry wzrok spoczął na samej Zofinie. Krasnal parsknął cichym, niezwykle serdecznym śmiechem.
– Zofino, podejdź no bliżej do światła – powiedział wesoło, kładąc dłoń na jej ramieniu w geście sąsiedzkiego oparcia.
Gdy Zofina podeszła krok w stronę okna, Hubert uniósł rękę i delikatnie przesunął palcem w górę jej czoła. 
Okrągłe okularki zsunęły się z jej srebrnych włosów wprost na nos. Zofina przez cały ten czas miała je na własnej głowie, wsunięte wysoko we fryzurę podczas porannego czesania.
Świat w ułamku sekundy odzyskał swoje wyraziste, czyste barwy. Zofina spojrzała na Huberta z mieszaniną komicznego zaskoczenia, po czym oboje wybuchnęli głośnym, głębokim śmiechem, który poniósł się daleko za okno.
– Widzisz, chłopcze, pośpiech myśli oszukuje oczy – zaśmiała się, poprawiając oprawki. – Dobrze, że przyszedłeś, bo spędziłabym cały dzień na poszukiwaniach!
Gdy Hubert rozgościł się na ławie z ciepłym kubkiem herbaty z dzikiej róży, Zofina usiadła przy krośnie. Jej dłonie w stałym, miarowym rytmie zaczęły precyzyjnie prowadzić złotą nitkę przez drewniane osnowy. 
Spędzili miłe popołudnie przy herbacie i opowieściach.

Prześlij komentarz

0 Komentarze